sobota, 10 grudnia 2011

Bunt

Wiatr targał naszymi włosami, a mróz szczypał w policzki. Spojrzałam niepewnie na ciemne niebo. Deszcz zbliżał się nieuchornnie, ale nie mogłam czekać.Usiedliśmy pod rozłożystym drzewem na błoniach. Jego nagie gałęzie trzeszczały cicho. Luna potarła dłonie.- Ale pogoda- mruknęła.
- Ginny, możesz nas oświecić, dlaczego chciałaś z nami porozmawiać?- zapytał Neville, zapinając na ostatni guzik swoją szatę- I to na dworze?

- Przepraszam, wiem, że jest zimno, ale Hogwart nie jest już bezpieczny. Ściany mogą mieć uszy- wyjaśniłam- Dlatego porozmawiamy tutaj.
- No to słuchamy-zachęciła mnie Luna z uśmiechem. Wpatrzyłam się w dal, przypominając sobie dawne czasy. Kiedyś w tym miejscu siedziałam razem z Harry’m. Byłam otoczona jego ramieniem, a jego usta muskały moją głowę. Ja się śmiałam…
- Ginny!- sprowadził mnie na ziemię głos Neville’a.
- Więc…myślałam nad tym przez kilka dni i doszłam do wniosku, że musimy to zrobić. Carrowowie nie mogą mieć nad nami całkowitej kontroli, musimy się zorganizować i poprowadzić bunt. Harry by nas pochwalił- spojrzałam im w oczy- Co myślicie o odnowie GD?
Najpierw zrobili zaskoczone miny, ale zaraz w ich oczach zabłysło zrozumienie. Wiedziałam, że mogę na nich liczyć. Czas na zmiany.
Neville uśmiechnął się lekko.
- To dobry pomysł, ale musimy być ostrożni.
- Ja też o tym myślałam- przyznała Luna- To mogłoby nam pomóc. Tylko czy będziemy mieć członków?
- Wszyscy Gryfoni mają w sobie dość odwagi i uporu, by do nas dołączyć. Tak jak było dwa lata temu. Niektórzy Krukoni i Puchoni też nam pomogą- stwierdziłam- Będziemy się spotykać w Pokoju Życzeń.
- Dobra. Jeszcze dziś zaczniemy rekrutację- powiedział chłopak. Wydawało mi się, że w nasze serca wstąpiła nadzieja. Razem mamy szansę wyplewienia zła z zamku.
Wywiązaliśmy się z postanowienia. Już od tego wieczoru zaczęliśmy składać propozycje uczniom. Ja przekazałam wiadomość Demelzie, Padmie, Parvati i Michaelowi Cornerowi. Musiałam być ostrożna, by nikt mnie nie zobaczył i chyba mi się udało.
Jednak w murach Hogwartu kryło się wiele dzielnych serc.
Patrzyłam z uśmiechem na twarzy jak ochotnicy do GD wchodzą do Pokoju Życzeń. Byli wśród nich Demelza, Colin, Dennis, Seamus, Parvati, Lavender, Padma, Michael Corner, Susan Bones, Justyn Finch-Fletchley i Ernie Macmillan. Cieszyłam się, że tyle osób zechciało nam pomóc.
- No to zaczynamy ruch oporu!- zażartował Neville. I on miał dobry humor.
Razem weszliśmy do Pokoju Życzeń, który przypominał teraz bar. Na środku pierścień tworzy ławki, na których usiedli już uczniowie. Ściany miały ciemne kolory, a z boku pojawił się mały regał z książkami. Czułam się tu bezpiecznie. Jakbyśmy znów byli w Gospodzie pod Świńskim Łbem, gdzie zaczął się pierwszy ruch oporu.
Zajęłam miejsce obok Luny i Neville'a, a wszystkie oczy zwróciły się w naszą stronę. I teraz po raz pierwszy odebrało mi mowę. Miałam wiele do powiedzenia, ale ledwie mogłam coś wykrztusić. Nie wiem czy to przez powagę sytacji czy przez wzruszenie.
- Zebraliśmy się tu, by walczyć przeciw Carrowom- zaczęłam, gdy cisza się przedłużała. Wszyscy skinęli głowami, a ja zorientowałam się, że patrzą na mnie już nie te same twarze co dwa lata temu. To nie były zaciekawione czy podekscytowane miny. W oczach moich znajomych czaiło się zmęczenie, powaga, upór i dziwna nadzieja. Dorośliśmy. Każdy z nas. Na tyle, by móc stawić czoło ciemności. Poczułam, że oni wszyscy są ze mną, wszyscy stanowimy jedność. Gwardię Dumbledore'a.
- Na początku nie będziemy działać otwarcie, gdyż Voldemort ma za dużą siłę- odezwał się Neville głosem pewnym i zdeterminowanym- Zaczniemy od drobnych rzeczy, które nam pomogą. Najpierw ustalmy, jak będziemy się komunikować i to tajnie.
Zmarszczyliśmy brwi. Faktycznie, było duże zagrożenie, że nas odkryją, gdy będziemy co chwila podchodzić do siebie i coś ustalać.
- A co z tymi monetami Hermiony?- zapytała Luna.
- Mam je!- zawołał zadowolony Neville- Leżą u mnie w szafce, mogę je wam dać!
- Świetnie, więc ustalone- powiedziałam- Od czego zaczniemy nasz bunt?
Kilka rąk uniosło się w górę.
- Oszołommy Carrowów, by ich wystraszyć!- odezwał się Ernie.
- Wrzućmy do gabinetu Snape'a łajnobomby!- dodała Demelza.
- Otrujmy ich!- zawołał Seamus z mściwą miną.
- Poopisujmy ściany na cześć Harry'ego!- zaproponował Colin. Spojrzałam na niego.
- To nie jest zły pomysł. Pokażmy im, że istniejemy- stwierdziłam z uśmiechem.
- Zgoda. Jutro w nocy na ścianie napiszemy kilka fajnych tekstów- ustalił Neville, a wszyscy zaklaskali.

Podzieliliśmy się. Puchoni(Ernie i Justyn) mieli zająć się lochami, Krukoni(Susan, Padma i Michael) siódmym i szóstym piętrem, Seamus, Parvati i Lavender piątym oraz czwartym, ja, Neville i Luna pozostałymi, a Demelza, Colin i Dennis stali na czatach na różnych korytarzach, ostrzegać nas za pomocą monet i eliminować ewentualne komplikacje.
Gdy noc zapadła nad zamkiem, który zasypiał smacznie w swoich łóżkach, członkowie Gwardii Dumbledore'a wymknęli się ze swoich domów i ruszyli na wyznaczone miejsca. Czułam dreszczyk emocji, idąc po ciemnku długimi korytarzami i modląc się, by nie zastać Filcha. Moja dłoń zaciskała się na różdżce, a ucho łapało wszelkie dźwięki. Cieszyłam się jednak z tej akcji. Miałam dość siedzenia jak mysz pod miotłą.
Dotarliśmy na trzecie piętro, od którego mieliśmy zacząć.
- Czuwam, wy piszcie- szepnęła Luna, wpatrując się w gęsty mrok. Z jej różdżki sączył się mały płomień światła. Kiwnęłam głową i podeszłam do kamiennej ściany, oświetlonej dzięki blondynce.
Wyjęłam z kieszeni czerwony flamaster i zaczęłam pisać. Po chwili ścianę zdobił już napis: Precz z Carrowami. Zerknęłam na dzieło Nevilla, po drugiej stronie, które tworzyło zdanie: Harry Potter górą.
- Dobra robota. To ich rozwścieczy- uśmiechnęłam się z satysfakcją. Ruszyliśmy na niższe piętra i robiliśmy to samo. Po pół godzinie niemal na każdym korytarzu widniało jakieś hasło GD.
Nagle, gdy kończyłam ostatnie zdanie, moja moneta zadrżała. Zerknęłam na nią.
Filch idzie w waszą stronę z czwartego piętra.
- Kurczę, spadamy!- zawołałam cicho i cała nasza trójka pognała w dół. Staraliśmy się biec jak najciszej, serce dudniło nam w piersi.
- Kto tu jest?!- zagrzmiał głos woźnego. Mogłabym na niego rzucić urok, ale wygadałby się, że nas widział. No i była szansa, że Carrowowie nas usłyszą.
Filch był coraz bliżej...
Neville pociągnął nas we wnękę w ścianie, w której stał posąg dzika. Luna i ja zgniotłyśmy się pod jego brzuchem, a Neville ukrył się za kamiennym zwierzęciem.
W samą porę, bo Filch właśnie znalazł się na tym korytarzu. Trzymana przez niego pochodnia oświetliła posąg, ale na mnie i Lunę padały liczne cienie, które zapewniały nam bezpieczeństwo. Woźny porozglądał się, mruknął coś pod nosem i poszedł dalej. Odetchnęliśmy z ulgą, wygramolając się z kryjówki. Potem ostrożnie wróciliśmy do wieży.
Zadanie wykonane- przesłałam wszystkim innym poprzez monetę. Wkrótce otrzymałam cztery potwierdzenia i miałam ochotę skoczyć do sufitu. Dawno nie byłam taka szczęśliwa.
- Udało się!- zawołałam do Neville'a. Uśmiechnął się.
- Tak, to cudownie, ale siedź cicho, bo obudzisz cały dom.
- Mam to w nosie!- skoczyłam mu na szyję, a przyjaciel przytulił mnie. Po raz pierwszy od wielu tygodni czułam, że stało się coś dobrego.
- Harry byłby z nas dumny...- mruknął chłopak. Spojrzałam na dogasający kominek i westchnęłam.
- Wiem.

Następnego dnia od rana widać było, że coś jest nie tak. Carrowów i Snape'a nie było na śniadaniu, a jeszcze przed obiadem zamek obleciała wieść, że jacyś śmiałkowie powypisywali na murach hasła, popierające Wybrańca. Większość uczniów się z tego cieszyła, a ja z nich najbardziej. Nie zapomnę miny Filcha, który usiłował bezskutecznie zmyć napisy. Trudnio się dziwić, bo flamastry były zaczarowane. Kupiłam je u Freda i Greorge'a. Nazywały się Psikusowe Flamastry. Nazwa mówi sama za siebie, więc ani woda ani magia nie mogły dać im rady.
Przy kolacji Snape ogłosił, że pomysł ten był ,,idiotyczny, bezsensowny i żałosny'' oraz, że winowajca poniesie konsekwencje. Faktycznie, za pomocą czarów sprawdzał różdżki każdego ucznia, bowiem sądził, że napisy zrobiono magią. Oczywiście winnego nie znaleziono.
Wieczorem w Pokoju Życzeń każda grupa opowiadała swoje przygody na korytarzach, a potem wszyscy wypiliśmy po kubku Kremowego Piwa, śmiejąc się radośnie.
Może to nie było zwycięstwo, może to tylko drobnostka, może nawet głupota, ale napełniła mnie nadzieją. Nadzieją, że dobro ma szansę wygrać.

***

Po wielu poprawkach i trudach wreszcie powstał ten rozdział. Całe szczęście, że wena przyszła do mnie dzisiaj i mogłam to dokończyć. Jestem tak średnio z niego zadowolona. Bardzo lubię pisać, nie myślcie sobie, ale po prostu mam dużo obowiązków, chyba to rozumiecie. Następny rozdział będzie więc kiedy będę mieć czas i wenę.
A w kolejnej notce...kradzież miecza. Heh, muszę się z tym zmierzyć;)
Pozdrawiam.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Zmiany

Przez następne dni zrozumiałam, że sprawa jest poważniejsza niż myślałam, a Hogwart zaczyna się zmieniać. Dałabym wiele, aby znów siedzieć beztrosko w jego murach, ucząc się tych wszystkich niezwykłych rzeczy i martwić się tylko o to, co o mnie uważa Harry. Chciałam znów być małą dziewczynką, nie podobał mi się ten świat- zimny, twardy i pełen zła. Ale nie mogłam nic poradzić. Te chwile dzieciństwa przeminęły bezpowrotnie, a ja musiałam się zmierzyć z problemami. Nawet za wysoką cenę.
Carrowowie byli okropni i powoli zaczynali przejmować władzę nad zamkiem. Musieliśmy żyć według ich zasad. Oczywiście było troje śmiałków, którzy przeciwstawiali się im. Ja, Neville i Luna stanowiliśmy jakby małą grupkę oporu. W jej ramach odmawialiśmy rzucania klątw na drugą osobę na czarnej magii i wtrącaliśmy się na mugolotępieniu. Tak teraz nazywałam te lekcje, bo z pewnością odbiegały one od tego, czym powinny być. Amycus mówił nam o czarnoksięskich zaklęciach, a Alecto uczyła nas nienawiści do mugoli i szlam.
Za nasz bunt dostawaliśmy kary, jakimi były tortury różnymi klątwami. Na początku bałam się tego, bo aż za dobrze pamiętałam krew, rozmazującą się na mojej twarzy podczas pierwszych zajęć z Amycusem. Ale przyzwyczaiłam się, a nawet polubiłam to. Dobrze jest cierpieć za słuszną sprawę i dawać nadzieję zlęknionym sercom.
Ból…czym właściwie jest? Czy naprawdę jest tak trudny? Fizyczny jest niczym. Chwilową udręką, gdzie można zacisnąć usta i dzielnie unieść brodę. Ale ten psychiczny? Ten, który czujemy w sobie? To prawdziwy problem. Tęsknota, troska o ukochane osoby…To tortury godne łez. I właśnie je przeżywałam najczęściej. Martwiłam się o moją rodzinę, o rodziców, którzy działali dla Zakonu, o braci, którzy im pomagali, o Rona, który uciekł bez wieści i o Harry’ego, który był Niepożądanym Numer 1. Ministerstwo, Voldemort, śmierciożercy, wszyscy go szukali, tak wielu pragnęło jego śmierci…

Nie mogłam ukryć szoku, jakiego doznałam, gdy pewnego dnia Alecto Carrow przyszła do pokoju wspólnego Gryfonów i zawiesiła na ścianie wielki plakat Harry’ego z podpisem Niepożądany Numer 1. Miałam wrażenie, że ta wiedźma zerknęła na mnie drwiąco, nim wyszła. Miała niestety rację, myśląc, że mnie to dobije. Patrzyłam przez kilka minut na plakat. Do czego to już doszło? By w wieży sprzymierzeńców Pottera zawieszać informację o nagrodzie za jego schwytanie? Zrobiłam krok w stronę ściany, ale powstrzymały mnie czyjeś ręce.
- Ginny, opanuj się! Oni tylko czekają na znak, że jesteś przeciwko nim- powiedział ze smutkiem Neville.
- Małpa, idiotka, zdzira…- przeklinałam Alecto, posłusznie dając się posadzić przyjacielowi na kanapie. Dużo osób obserwowało to zdarzenie. W pokoju zapanował ponury nastrój.
- Neville, to tutaj nie będzie wisieć!- oznajmiłam przez łzy. Po moim trupie…
- Czyli, że chcesz skazać siebie na gorszy los niż tortury? Przeciwstawianie się Carrowom to jedno, a popieranie Harry’ego to drugie.
- Myślałam, że właśnie to robimy.
Neville westchnął. Żal nie znikał z jego twarzy.
- Robimy, ale nie możemy dać im powodu. Martwi nie przydamy się Harry’emu.
Niechętnie skinęłam głową

Dni mijały wolno. Ciągnęły się i ciągnęły, przedłużając moje męki. Najbardziej lubiłam noc, kiedy spokojnie mogłam zamknąć oczy, marzyć i dawać upust mojej tęsknocie i bólowi. Demelza czasem widziała moje łzy, ale zawsze odpowiadałam jej, że to nic takiego. W końcu pewnie wiele osób płakało w ciemnościach, myśląc o swoich bliskich i o przyszłym losie.

W październiku rozpoczęły się treningi Quidditcha, a ja zostałam…kapitanem drużyny. Naprawdę, byli na moje rozkazy. Kiedyś chyba pękłabym ze szczęścia, latanie to moja pasja, ale w obecniej sytuacji czułam raczej ciężar obowiązku. Quiddich nie cieszył mnie jak dawniej, a nowa drużyna też nie była jakąś rewelacją. W sumie to tylko Demelza latała porządnie. Nasze szanse na wygraną były małe. Ale czy to się jakoś liczyło? Jak sport miał się do tych ciężkich czasów? To tylko gadżet, dodatek, kolorowy płomyk w moim szarym życiu.
Tak jak ustaliłam w zeszłym roku z McGonagall, raz w tygodniu miałam lekcje z panią Hooch, która przygotowywała mnie do egzaminu z latania. Jeśli go zdam, będę mogła zostać zawodowym graczem Quidditcha. Muszę przyznać, że szło mi całkiem nieźle i nauczyłam się wielu ciekawych manewrów. Jeśli przeżyję te trudne czasy, będę ubiegać się o posadę Ścigającego.

Na sklepieniu w Wielkiej Sali gromadziły się szare chmury. Nie cierpię listopada. Jest zimno i deszczowo. Jak w tym odnaleźć iskierki nadziei?
Przełknęłam właśnie jajecznicę, gdy do stołu Gryfonów zbliżyła się Luna. Na jej twarzy malowało się przejęcie, a z kieszeni szaty wystawał jakiś papier. Blondynka też wycierpiała przez te dwa miesiące. Nie pyskowała jak ja i Neville, ale wyrażała spokojnie swoje poglądy, za które często jej się obrywało. Dziś jej czoło zdobił siniak, zrobiony przez Alecto.
- Ginny, Neville…- szepnęła- Musicie coś zobaczyć.
Oboje szybko wstaliśmy od stołu. Byłam ciekawa, o co chodzi.
- Co się stało, Luno?- zapytała Parvati, która siedziała obok mnie.
- Mamy informacje o Harry’m- oznajmiła cicho. Na tę wieść wielu Gryfonów przerwało śniadanie i poszło z nami. Wyszliśmy z Wielkiej Sali i stłoczyliśmy się wokół Luny, która otworzyła przed sobą gazetę.
- To Żongler- wyjaśniła blondynka- Tata mi go przysłał. Miał szczęście, że sowa nie została przechwycona przez Filcha.
- Tam jest Harry!- zawołał Neville, wskazując na duże zdjęcie w gazecie. Przedstawiało ono ludzi w popłochu. W oczy rzucał się ubrany na czarno mężczyzna, ścigający trójkę nastolatków: rudzielca, brązowowłosą i chłopca z okularami.
- Harry…- szepnęłam, a serce podskoczyło mi do gardła- Co mu jest? Złapali go?!
- Nie- odparła Luna- Pojawili się w Ministerwstwie Magii. Wczoraj. Zaatakowali Umbridge i przerwali Rejestrację Mugolaków. Ścigał ich Yaxley, ale udało im się uciec.
- Całe szczęście…-szepnęła Lavender.
- Czego tam szukali?- zastanawiał się Colin.
Wymieniłam spojrzenia z Neville’m. Harry wykonywał misję Dumbledore’a. Widocznie potrzebował czegoś z Ministerstwa. Ale czego?
- Co tu się dzieje?- zawołał jakiś głos za nami. Rozpoznałam go w mgnieniu oka, gdyż często słyszałam go w swoich koszmarach. Gdy wszyscy się dopiero obracali w stronę Amycusa, ja sięgnęłam po różdżkę.
- Reducto!
Gazeta w rękach Luny eksplodowała, zamieniając się w strzępy, które spadły u naszych stóp. Mężczyzna spojrzał na mnie groźnie.
- Co tam było? Mówić, no już!
- Nie pana sprawa- warknął Neville.
- Tak? A mi się wydaje, że moja, bo było to coś zakazanego.
- To tylko gazeta!- pisnęła Parvati.
- Nie wierzę wam. Albo mi powiecie, albo wszyscy zostaniecie poddani klątwie.
Spojrzeliśmy po sobie. Niektórzy mieli wystraszone miny, ale byliśmy Gryfonami. Odwaga to nasz atut.
- Dobrze, jak chcecie, smarkacze- powiedział zezłoszczony Amycus- Wszyscy do mojego gabinetu, już!
Wyciągnął różdżkę i popędzał nas jak jakieś bydło. Serce mi waliło głucho. Nie bałam się o siebie, przecież już się przyzwyczaiłam. Ale reszta? To moja wina, byliśmy tacy nieostrożni…I teraz Parvati, Lavender, Colin, Seamus oraz Demelza zapłacą za to.
- Co pan robi?- na korytarzu pojawiła się McGonagall. Patrzyła surowo na śmierciożercę.
- Prowadzę chętnych do szlabanu.
- A cóż oni zrobili?
- Mieli przy sobie coś zakazanego.
- To znaczy?
- Gazetę…- zająkał się, bo musiał zrozumieć jak głupio to brzmi- O zakazanej treści.
- Chce ich pan karać za posiadanie gazety? O ile wiem, czasopisma nie są zakazane w Hogwarcie. Nawet dyrektor wam to potwierdzi.
Wpatrywali się w siebie przez chwilę. Oglądałam to z zapartym tchem.
- No dobrze, Minewro- rzekł w końcu Amycus chłodno- Odpuszczę im ten jeden raz, ale niech się mają na baczności.
Spojrzał na mnie wyzywająco i odszedł.
- Dziękujemy pani- powiedziała Lavender. McGonagall uśmiechnęła się lekko.
- Jeszcze mam tu coś do powiedzenia. A teraz uciekajcie! I pilnujcie się, bo następnym razem możecie nie mieć tyle szczęścia.
Odetchnęliśmy z ulgą, ale ja wciąż miałam do siebie żal o to, że jesteśmy tacy niezorganizowani i nieostrożni…Tak nie może być. Muszę coś wymyślić.
I chyba już wiem co.

 ***
Notka bardziej opisowa i mniej w niej dialogów, ale musiałam jakoś przedstawić sytuację w zamku.
Dziękuję za tyle komentarzy pod tamtą notką. To mój rekord i jestem z tego bardzo szczęśliwa. Pozdrowionka dla wszystkich!

czwartek, 10 listopada 2011

Diabelna lekcja

- Harry?
Szłam przez mgłę. Mój głos potoczył się echem po białej pustyni. Wiedziałam, że muszę odnaleźć tego chłopaka o zielonych oczach. Potrzebowałam go.
Czyjaś sylwetka wyłoniła się z mgły.
Harry.
Nie, zaraz, on nie ma długich włosów i nie jest tak wysoki…To Snape.
Chodziaż…znam tą ziemistą twarz…Amycus Carrow…
 - Nie!
 Obudziłam się z krzykiem. Promienie słońca tańczyły na moim łóżku. Demelza przyglądała mi się ze zmartwioną miną ze swojego miejsca.
- To tylko koszmar- wyjaśniłam szybko, wstając.
 - Jesteś pewna?
 - Tak. Dziewczyny, pobudka!
Wiktoria i Natalia otworzyły oczy, a ja weszłam do łazienki. Spojrzałam w swoje odbicie w lustrze. Miałam na głowie niezłą szopę, a policzki dziwnie blade. Teraz doskonale widziałam swoje piegi.
Co się ze mną działo? Przecież jeszcze nic się nie stało. W szkole są śmierciożercy, tak, ale obiecałam się nie poddawać. Nie mogę od razu pisać czarnych scenariuszy. Nie mogę.
Przebrałam się i rozczesałam ogniste włosy, a potem zwolniłam łazienkę. Nastały trudne czasy. Wszyscy mają pod górkę. Nie jestem sama.

Spokojnie- powtarzałam sobie, nakładając na talerz bekon. Ale jak tu się nie denerwować, gdy w tym samym pomieszczeniu siedzą mordercy? Snape jak gdyby nigdy nic jadł śniadanie, a Carrowowie rozmawiali ze sobą bezczelnie. A żeby ich szlag trafił!
 - Jak noc?- zapytał Neville, siadając przy stole. Uśmiechnęłam się.
- Mogło być lepiej. A ty?
 - Podobnie.
- Wasze plany zajęć- odezwał się za nami twardy, kobiecy głos i McGonagall podała nam kartki z planem lekcji. Gdy brałam mój do ręki, pochyliła się lekko i szepnęła:
- Nie próbuj żadnych głupich pomysłów, Weasley.
Spojrzałam na nią zaskoczona. W jej ciemnozielonych oczach widziałam troskę.
- Nie poddam się- oznajmiłam, a ona westchnęła.
- Ja też się nie poddałam. Ale chwilowo musimy grać. Więc, ostrzegam ciebie i Longbotonna. Nie zadzierajcie z Carrowami.
I odeszła, by podać plan Parvati. Zmarszczyłam brwi, a Neville patrzył za nią ze zdumieniem. Nic się do siebie nie odzywaliśmy. Bo co tu mówić? Nie chcemy kłopotów, ale nie zamierzamy ulec złu.
Co to to nie- pomyślałam, wbijając widelec w bekon.

Po śniadaniu przejrzałam mój plan lekcji i stwierdziłam, że coś tu nie pasuje. Owszem, miałam chodzić na zaklęcia, obronę przed czarną magią(prowadzoną przez Amycusa!), zielarstwo i opiekę nad magicznymi stworzeniami. Do tego dołączyły prywatne lekcje latania z panią Hooch, ale co tu, u licha, robiło mugoloznawstwo? Nigdy nie uczyłam się tego przedmiotu, więc dlaczego teraz był zaznaczony jako obowiązkowy?
- Demelzo...- odezwałam się, marszcząc brwi- Też masz mugoloznawstwo?
- Niestety tak. Ciekawe czemu musimy na to chodzić!
- A wy?- zwróciłam się do Natalii i Wiktorii. Pokiwały twierdząco głowami. Cholera.

Nie zadzieraj z Carrowami...To chyba niemożliwe.
Siedziałam w klasie obrony przed czarną magią. Jej sam wystrój przyprawiał o dreszcze. Ściany pokrywały obrazy czarnoksiężników, a na półkach piętrzyły się podejrzanie wyglądające książki. Amycus Carrow stał przy biurku, lustrując nas wzrokiem. Jego mina wyrażała pewność siebie i chłód. Nagle nasze spojrzenia się spotkały, a on uśmiechnął się do mnie złośliwie. Poczułam nieprzyjemny pot na karku, ale uniosłam dumnie brodę.
- Czym jest czarna magia?- zapytał, zaczynając przechadzkę po sali- Co wyobrażacie sobie pod tym pojęciem?
Nastała cisza. Każdy bał się wyrazić swoją opinię. Tylko siedząca obok mnie Luna uniosła dzielnie rękę.
- Tak?
- Czarna magia to zło, cierpienie- powiedziała blondynka- Coś, co powinno być zakazane.
- Tak, to jest zakazane. Albo raczej było- rzekł Amycus z uśmiechem- Dzięki moim lekcjom odkryjecie, że czary niezwykłe i potężne wcale nie są złe.
- Nie są złe?- żachnęłam się, zanim zdążyłam ugryźć się w język- Krzywdzenie innych uważa pan za coś dobrego?
- Czarna magia nie jest wyrządzaniem krzywdy, panno Weasley.
Zaczął grę. Oczekiwał ode mnie odpowiedzi, którą może odeprzeć lub obrócić przeciwko mnie. Ale ja na to nie pozwolę!
- Och, zapomniałam, zabijanie, rzucanie klątw i torturowanie jest bezbolesne.
Uśmiech zniknął z jego twarzy, dając miejsce złości. Punkt dla mnie.
- Nie toleruję takich odzywek. Za nie czeka kara.
- Mam w nosie, czego pan nie toleruje.
- Ginny...- szepnęła ostrzegawczo Luna. Nie oderwałam jednak wzroku od nauczyciela.
- Chcecie poznać jedno z niezwykłych zaklęć?- zapytał Amycus- Panna Weasley będzie moją asystentką. Chodź tutaj.
- Nie.
Nie zadzieraj z Carrowami...Cóż, przykro mi pani profesor.
- W tej chwili, panno Weasley- chwycił mnie za nadgarstek i zaczął ciągnąć w stronę biurka. Zaparłam się, ale jego siła była znacznie większa. Luna i parę innych osób chciało mi pomóc, ale śmierciożerca odtrącił ich zaklęciami. W końcu szarpnął mnie na środek sali. Dyszałam, czując gniew.
- Jest pan debi...
Wymierzył różdżką w moją twarz.
- Sectumsempra!
Nie dokończyłam, bo nagle niewidzialna brzytwa przecięła mi policzek. Trysnęła z niego ciepła krew. Uczniowie wydali z siebie okrzyk, a ja usiłowałam zatamować rękami czerwoną ciecz, starając się zignorować piekący ból.
- Niech ją pan zostawi! - usłyszałam w dali wystraszony głos Luny. Miałam wrażenie, że ból paraliżuje moje całe ciało. Uklękłam, czując łzy pod powiekami. Czy ja wykrwawię się na śmierć? Czy z mojego policzka wycieknie cały drogocenny płyn? Czy umrę? Właśnie teraz? Och, Harry, chciałabym cię jeszcze raz zobaczyć...
I wtem, gdy już nadchodziła ciemność, cierpienie ustało. Otworzyłam oczy. Wszyscy się na mnie gapili z lękiem i współczuciem. Luna leżała na podłodze, jakby ją ktoś uderzył. Ja sama byłam cała we krwi. Czerwona ciecz pokrywała moją twarz, dłonie i szatę. Czułam się słaba i upokorzona.
- To przestroga dla tych, którzy mi się sprzeciwiają- powiedział Amycus, patrząc na mnie z satysfakcją- Pamiętajcie, że czarna magia bywa nieprzyjazna. Możecie wyjść.
Chciałam wstać, ale nie miałam siły. Luna podeszła do mnie i pomogła mi się podnieść. Potem zabrała nasze torby i wyprowadziła mnie z klasy. Odetchnęłam.
- O rany, Ginny, wyglądasz strasznie- stwierdziła- Powinnyśmy pójść do skrzydła szpitalnego.
- Nie, to nic takiego...
- Ginny, bez dyskusji- Luna była nieugięta, więc zgodziłam się i poszłam z nią do szpitala. Tam wzięłam porządną kąpiel, a pani Pomfrey przyłożyła mi opatrunek do bolącego policzka i dała napój, który przyśpieszył gojenie się rany i wzmocnił moją odporność.
Byłam osłabiona i musiałam zostać w skrzydle szpitalnym do wieczora. Dzisiejsze lekcje trzeba było sobie odpuścić.
Na kolacji pojawiłam się w Wielkiej Sali. Czułam się już lepiej, choć frustracja nie ustąpiła.
- Boże, co ci jest?- zapytał Neville, siadając przy stole. Odruchowo zasłoniłam dłonią biały plaster.
- Nic.
- Jak to nic?! Jesteś blada i masz ranę. Co się stało?
- Ja...- dopiero teraz zauważyłam, że chłopak ma fioletowego guza na czole- A co z tobą?
Szybko przykrył siniaka grzywką.
- Zwykły guz.
- Nie kłam, nie miałeś go rano!
Wpatrywaliśmy się w siebie z uporem. Żadne z nas nie chciało przyznać, że właśnie złamało prośbę McGonagall, że się postawiło, że walczyło o swoje zdanie.
- No dobra- westchnął- Alecto Carrow. Na mugoloznawstwie powiedziała, że mugole i szlamy są zerem. Upomniałem ją i dostałem zaklęciem. Odleciałem w bok i walnąłem czołem o ławkę.
- Amycus Carrow. Na obronie przed czarną magią wychwalał czarną magię. Zaczęłam mówić obraźliwe uwagi. Rzucił zaklęcie, które zraniło mój policzek.
Uśmiechnęliśmy się do siebie lekko. Cieszyłam się, że przyjaciel postąpił tak samo jak ja. Będziemy nieugięci, cokolwiek się stanie. Dla Harry'ego.

***
No, wreszcie nowa notka. Mam opóźnienie, gdyż musiałam ją dopracować. Mam nadzieję, że Wam się podoba i że wyszła jak należy;)
Kolejna będzie za jakiś tydzień, ale nic nie mogę obiecać.
Pozdrawiam Was!

wtorek, 1 listopada 2011

Intruzi

Otworzyłam oczy. Pierwsze wrześniowe słońce oświetlało mój pokój. Z lekkim ściskiem w żołądku zeszłam na dół, by zjeść śniadanie. Może moje dziwne samopoczucie było spowodowane stresem? W końcu dziś zaczyna się szkoła. I po raz pierwszy idę do niej sama. Zawsze towarzyszyli mi bracia, chociażby Ron. A teraz sama musiałam opuścić Norę.
Gdy nadszedł czas, spakowałam się i podjechałam z rodzicami na dworzec. Tam uściskałam ich mocno. Kiedy znów ich zobaczę? Czy będą cali i zdrowi? Czy śmierciożercy ich nie zdemaskują i nie zabiją?
- Pa, Ginny!- zawołała mama z łzami w oczach, a ja uśmiechnęłam się do niej i ruszyłam do pociągu. Uczniowie jak zwykle przepychali się i nawoływali, szukając przedziałów. To było mi znane już z pierwszej klasy, ale od tego czasu wszystko się zmieniło.
- Hej, Ginny!- usłyszałam Neville’a i skierowałam się w jego stronę.
- Cześć- rzuciłam do niego i do Luny, wchodząc do przedziału. Położyłam torbę i usiadłam. Zauważyłam, że moi towarzysze zmienili się. Neville zmężniał. Był teraz znacznie wyższy, ciemne włosy stały się dłuższe, pyzata twarz nabrała twardszych rysów, a w oczach widziałam błysk. Luna za to wyszczuplała, ścięła nieco jasne włosy, choć dziwaczny strój i zamyślone oczy były takie same. Zastanawiałam się, czy oni też w tej chwili oceniają jak wyglądam.
Luna zaczęła rozmowę o wakacjach, a my się włączyliśmy i przez całą podróż gadaliśmy, jedliśmy słodycze i graliśmy w szachy. Cieszyłam się, że są ze mną i że będziemy się wspierać. Bez nich czułabym się samotna.

W Hogsmeade powitały nas powozy, które zawiozły nas do samego zamku. Tam wysiedliśmy i weszliśmy do Wielkiej Sali, eleganckiej i niesamowitej jak zawsze. Usiadłam przy stole Gryfonów.
- Cześć- przywitała się ze mną Demelza, a ja skinęłam jej głową. Zauważyłam, że gwar rozmów jest nieco…przygaszony, a niektórych uczniów brakuje. Przy naszym stole na przykład nie zobaczyłam Deana, co mnie zaniepokoiło. Przestał mi się już podobać, ale wciąż go lubiłam i nie chciałam, by coś mu się stało. Ale cóż, jego rodzice byli mugolami, musiał uciekać.
McGonagall przeprowadziła Ceremonię Przydziału, a ja zaobserwowałam, że do godła Hogwartu, wiszącym nad stołem nauczycieli, jest przyszyta czarna, aksamitna wstążka. Wiedziałam, że symbolizuje ona żałobę po ukochanym dyrektorze.
Ceremonia się skończyła. Pierwszoroczni usiedli, a McGonagall oznajmiła:
- A teraz kilka słów od dyrektora.
Czekałam, aż kobieta usunie ze środka krzesło i tiarę, a potem przemówi, ale…McGonagall, zrobiwszy te czynności, usiadła przy stole. Otworzyłam oczy ze zdumienia, a w tej samej chwili boczne drzwi się otworzyły i stanął w nich czarnowłosy mężczyzna. Włosy mi się zjeżyły na karku i miałam ochotę prychnąć jak kotka.
Snape! Co on tu robił?! Morderca Dumbledore’a!
Po Sali przeleciało echo zdziwienia i niezadowolenia, które Snape uciszył ręką.  Coś się we mnie kotłowało, gniew, niedowierzanie, nienawiść…Jak on może tu stać?! Dlaczego McGonagall czegoś nie zrobi?! Dlaczego wszyscy nauczyciele patrzą na to bezczynnie?! Co tu się dzieje, do cholery?!
- Spokój- odezwał się Snape, patrząc na nas beznamiętnie czarnymi oczami- Nowy Minister Magii przed kilkoma dniami ustanowił mnie dyrektorem Hogwartu. Spodziewam się po was akceptacji i szanowania tego wyboru…Teraz, co się tyczy nowych nauczycieli…
Przy stole powstały dwie osoby: krępa blondynka i przysadzisty mężczyzna o ziemistej twarzy. Znałam ich! To było rodzeństwo Carrow, śmierciożercy!
- Alecto będzie w tym roku uczyła mugoloznawstwa- wyjaśnił Snape- A Amycus obrony przed czarną magią, gdyż obecnie jestem zbyt zajęty, by wypełniać obowiązki nauczyciela.
Jesteś zajęty, bo wykonujesz zadania Voldemorta!- pomyślałam ze złością i spojrzałam na Neville’a. On też był wstrząśnięty i zagniewany. Zerknęłam na nauczycieli. Wpatrywali się w Snape’a z odrazą, ale żaden z nich nie kiwnął palcem. McGonagall zaciskała usta.
Nie rozumiałam ich. Dlaczego pozwolili śmierciożercom postawić stopy w zamku? Dumbledore nigdy by na to się nie zgodził! Czułam łzy w oczach…
- Miłej uczty- Snape uśmiechnął się kpiąco i usiadł przy stole, podczas gdy na talerzach pojawiło się jedzenie. Nalałam sobie soku sztywną ręką, wiedząc, że nie dam rady nic przełknąć.
To wszystko nie działo się naprawdę…Hogwart, bezpiecznie i cudowne miejsce zamienia się właśnie w więzienie ciemności…
- Wszystko w porządku, Ginny?- zapytał mnie Colin po jakimś czasie. Rzuciłam mu oburzone spojrzenie.
- Nic nie jest w porządku- warknęłam.
- Wiem, ale zachowujesz się dziwnie. Zjedz coś.
- Odczep się!
- Ginny, on ma rację- poparł go Neville- Musisz coś zjeść, bo będziesz głodna.
- A ty kto? Mój ojciec?- żachnęłam się. Miałam tego wszystkiego dosyć, chciałam zamknąć się w komórce na miotły i nie wychodzić stamtąd.
- Nie rób mi tego, nie załamuj się.
Podniosłam wzrok na Neville’a. Miał zmartwioną minę.
- Potrzebuję cię- dodał- Nie możesz się poddawać na wstępie. To dopiero początek.
Dziwne, ale w moje serce wlała się nadzieja. Powaga w oczach przyjaciela dodała mi otuchy. Miał rację.
- Dobrze- odparłam i skubnęłam kurczaka. Uśmiechnął się do mnie blado.

Gryfoni podali hasło i przeszli przez Portret Grubej Damy. Ogarnęła mnie fala wzruszenia, gdy zobaczyłam znajome czerwone fotele, małe stoliki i kamienny kominek. Miło było tu wrócić, tylko, że…w mojej głowie zaczęły się pojawiać wspomnienia. Bolesne wspomnienia.
Ja i Harry razem siedzimy na kanapie i śmiejemy się…Harry pochyla się nade mną i szepcze podpowiedzi do wypracowania…Ja i Harry tańczymy, świętując zwycięstwo Gryffindoru…Uciekam z okularami, a Harry goni mnie po całym pokoju...Harry tuli mnie przed kominkiem…Ja i Harry całujemy się na dobranoc…

- Możesz się ruszyć, Ginny?- zapytała Lavender Brown. Zamrugałam.
- Jasne- weszłam schodami do mojego dormitorium i szybko się przebrałam w wiśniową koszulę nocną. Moje współlokatorki bez słowa zrobiły to samo. Nawet wygadana Wiktoria dziś nie miała ochoty na rozmowy.
- Dobranoc- szepnęła Demelza, a ja jej odpowiedziałam i wsunęłam się prawie całkowicie pod kołdrę. Spojrzałam na księżyc, który świecił za oknem.
Harry, tak bardzo cię kocham…Mam nadzieję, że jesteś bezpieczny i że też myślisz o mnie…
Westchnęłam cicho i zamknęłam oczy. Nie mogę się poddać. Neville miał rację.
To dopiero początek.


***
Wybaczcie za opóźnienie, notka miała być wczoraj. Wyszła trochę krótka, ale jakoś nie miałam weny i czasu(strasznie dużo się na mnie zwaliło w tym roku). Kolejna będzie lepsza, zadbam o to:)

niedziela, 23 października 2011

Mroczne chmury

Stałam pośród tańczącego tłumu, a wokół grała muzyka. Ludzie się śmiali.
Zamrugałam zdezorientowana. Gdzie się znalazłam? Przecież przed chwilą walczyłam z tym śmierciożercą.
I wtem zobaczyłam samą siebie, popijającą wino. Wyglądałam identycznie jak teraz. Ta sama złota suknia i rude włosy. Czyżbym przeniosła się w czasie?
Do mojej sobowtórki podszedł Krum. Po chwili nasze spotkanie przerwała Luna z radosną miną.
A więc to było wspomnienie. Ktoś mnie tu przeniósł, by...
O nie. Przecież ja zaraz wygadam się, że znam miejsce pobytu Harry'ego! Ten śmierciożerca nie może tego zobaczyć!
Skupiłam się na drugiej mnie i starałam się jej przesłać ostrzegawczą myśl, zasłonić jej słowa mgłą, sprawić, by z jej ust nie wydobyła się prawda.
- A gdzie jest Harry?- dobiegł mnie zaciekawiony głos Luny.
- Nie wiem- odparła moja sobowtórka i wtem do namiotu wpadł patronus Kingsleya. Ledwo zdążyłam odetchnąć z ulgą, bo ktoś mnie szarpnął i znów wszystko się zamazało...
Klęczałam pośrodku namiotu, a śmierciożerca puścił mój nadgarstek.
- Uciekaj!- warknął, a ja szybko wróciłam do mamy, całej bladej ze strachu.
- Wszystko w porządku- uspokajałam ją, ale nie śmiałam więcej powiedzieć w obecności nieproszonych gości.
Tatę też puścili. Domyślałam się, że i on zastosował sztukę oklumencji. Byłam z tego dumna.
- Nic nie wiedzą- powiedział szef śmierciożerców- Wracamy.
Rozległ się trzask, ich postacie zmieniły się w kłęby czarnego dymu i wyleciały z namiotu. Goście rozluźnili się i natychmiast zaczęli się teleportować do domów. Nie dziwiłam im się.
Żal mi było tylko Fleur, której kosmyki jasnych włosów wysunęły się ze starannego koku i Billa, który smętnie patrzył na zniszczenia. Ich ślub zakończył się niemiłą niespodzianką i ucieczką.
- Jak wam się udało przed nimi ukryć...?- wyjąkała mama, całując tatę w czoło.
- Oklumencja- uśmiechnęłam się do niej blado.
-No dobrze, trzeba to posprzątać!- oznajmił tata do moich braci- Reszta niech wraca do domu. Musimy wznowić zaklęcia ochronne.
- My to zrobimy!- zaoferowali się Lupin i Tonks, wychodząc na dwór. Mama, Bill, Fred i Greorge zostali, by pomóc tacie.
Wzięłam za rękę wystraszoną Gabrielle i bez słowa wyprowadziłam ją z namiotu.

Za oknem panowała ciemna noc, a dzisiejsza wydawała się mroczniejsza niż zwykle.
Wpatrywałam się tępo w szybę, a w głowie kłębiło mi się wiele myśli.
Zabito ministra magii. Voldemort przejął Ministerstwo. Zwyciężył.
Harry, Hermiona i Ron gdzieś uciekli, a ja nie wiedziałam, gdzie są i czy wszystko z nimi w porządku. Nawet nie zdażyłam się z nimi pożegnać.
Kolejna nasza nadzieja padła.Teraz wszystko wydawało mi się takie bez sensu.
Chciałam płakać, ale żadna łza nie wypłynęła z moich oczu. W końcu ułożyłam się na łóżku i usnęłam, wciąż słysząc czyjś krzyk...

Aby rano usunąć worki spod oczu musiałam użyć mugolskich sztuczek, gdyż nie wolno mi było jeszcze uprawiać magii poza szkołą. Zresztą, przy stole nikt nie wyglądał najlepiej. Mama miała czerwone oczy, tata ponury wyraz twarzy, a bliźniacy wpatrywali się ze smutkiem w talerze. Nawet blask Fleur nieco przygasł.
Śniadanie w grobowej atmosferze przerwała nam sowa, lądująca przede mną i przewracająca szklankę z herbatą. Z cichym westchnięciem zabrałam jej z dzioba list i wytrzeszczyłam oczy, gdy na kopercie zobaczyłam napis ,,Wyniki SUMÓW''.
- Co to jest?- zapytała mama podejrzliwie.
- To wyniki SUMÓW- odpowiedziałam i otworzyłam niepewnie, wyjmując kartkę.
- No to prawda wyjdzie teraz na jaw!- zakpił Fred.
- Lepiej przygotuj jakieś wyjaśnienia- dodał Greorge. Przewróciłam oczami i spojrzałam na listę.

Ginevra Molly Weasley
Wyniki Standardowych Umiejętności Magicznych

Transmutacja...................................................zadowalający
Eliksiry............................................................nędzny
Zaklęcia i Uroki................................................wibitny
Obrona przed Czarną Magią............................wybitny
Historia Magii..................................................okropny
Zielarstwo.........................................................powyżej oczekiwań
Opieka nad Magicznymi Stworzeniami............powyżej oczekiwań
Wróżbiarstwo....................................................okropny
Astronomia........................................................zadowalający

Wow. Nie było źle. Zawaliłam wróżbiarstwo, historię i eliksiry, ale świetnie napisałam zaklęcia i obronę przed czarną magią! Byłam z siebie dumna.
Pokazałam wyniki rodzinie. Bliźniacy zrobili demonstacyjne niezadowolone miny, Bill się do mnie uśmiechnął, a mama mnie pocałowała w policzek.  
- Brawo, Ginny! Dwa wibitne! Jesteś lepsza od Rona!
Wzmianka o moim bracie nieco zniszczyła radosny nastrój. Wszyscy sobie przypomnieli, że Ron uciekł nie wiadomo gdzie, z nie wiadomo jaką misją do spełnienia i nie wiadomo, czy jest cały. Odłożyłam list, dokończyłam śniadanie i wróciłam do pokoju. Czułam dziwną pustkę. Wiedziałam, że Harry wcześniej czy później odejdzie, ale nadal nie mogłam przestać się martwić. Miałam wrażenie, że wszystko przykrywają ciemne chmury niepokoju i strachu. Nic już nie było pewne, a mi z trudem przychodziło znalezienie jakiegoś płomienia nadziei.
Wlepiłam wzrok w szybę, jakby zaraz na podwórku miał się pojawić Harry i przytulić mnie...
Wieczorem pojawiła się u nas inspekcja z Ministerstwa. Znów zadawali nam pytania, ale nie stosując oklumencji. Wszyscy zgodnie powiedzieliśmy, że Ron jest chory, dlatego nie ma go w salonie i że nie wiemy nic o Wybrańcu. Wiedziałam, że nie do końca nam uwierzyli, ale zostawili nas w spokoju. Na jakiś czas.
Po kilku dniach tata oznajmił, że kontrolowane przez Voldemorta Ministerstwo nie potrafi znaleźć Harry'ego. Ucieszyłam się ogromnie, ale nadal czułam niepokój.
Do naszego domu czasem wpadali członkowie Zakonu Feniksa, przynosząc wiadomości lub chcąc się przespać w bezpiecznym miejscu. Ich miny były jednak zmęczone i posępne. Wydawało mi się, że cały świat zaraził się tym wszechobecnym smutkiem.
Te wakacje należały do najgorszych w moim życiu. Nie cieszyło mnie ciepłe słońce, nie kusił zielony ogród, a nawet nie miałam ochoty do rozmów. Całe dnie spędzałam w moim pokoju, bazgroląc coś w zeszycie lub wpatrując się tępo w sufit. Czułam się, jakbym była duchem. Wstawałam rano, jadłam, zmuszałam się do uśmiechu, pomogałam w obowiązkach domowych, zamykałam się w pokoju, a potem zasypiałam, dręczona wizjami martwego ciała Harry, ego, torturowanego Rona i krzyczącej Hermiony.
I tak mijał sierpień...

Pewnego dnia tata powiedział szeptem przy kolacji, że wysłał sowę do Harry'ego z powiadomieniem, że wszyscy są bezpieczni. Sowa powróciła bez choćby draśnięcia, co oznacza, że i oni znaleźli dobrą kryjówkę. To mnie nieco podniosło na duchu.
Nadchodził pierwszy września, co wiązało się z odwiedzinami na Pokątnej. Ponieważ w tym roku tylko ja z rodziny szłam do Hogwartu, nie był konieczny wspólny wypad do sklepu. Tata, nie chcąc mnie narażać, sam załatwił podręczniki i nową szatę(nareszcie). Teraz więc byłam gotowa do szóstego roku nauki.
W czasie wakacji dostałam też list od Luny i Neville'a. Cieszyłam się, że mogę na nich liczyć i że w szkole będą mnie wspierać.

W ostanią noc wakacji przysiadłam na ganku, podziwiając gwiazdy. Moje policzki muskał ciepły wiatr, a świerszcze cykały cicho w trawie. Było tak złudnie spokojnie.
Wiedziałam, że czeka mnie trudny rok. Walka nie tylko o oceny, ale też o honor i życie. Kto wie, może jakiś Ślizgon znów planuje podstęp na rozkaz Voldemorta? Kto teraz zginie? McGonagall? Któryś z uczniów? A może ja sama, dziewczyna Wybrańca?
- Jak się czujesz?- usłyszałam i obok mnie usiadła Tonks. Dziś jej włosy były mysie ze srebrnymi pasemkami. Niebieskie oczy przysłonione były smutkiem, ale już nie wyglądała na tak przygnębioną jak dwa miesiące temu.
- Nie wiem- wzruszyłam ramionami- Trochę się niepokoję.
- Zauważyłam. Nie jest łatwo żyć w ciągłym strachu, ja też chwilami się załamuję, ale...jesteśmy silne, prawda? Poradzimy sobie?
- Chyba tak- uśmiechnęłam się, wdzięczna, że mogę z kimś porozmowiać szczerze. Siedziałyśmy tak jeszcze przez jakiś czas, ciesząc się bliskością drugiej osoby.

***
Ha, dopiero niedawno przypomniałam sobie, że Ginny powinna dostać wyniki sumów. Mam nadzieję, że Wam odpowiadają.
Końcową wzmankę o Tonks dedykuję Rice, która, tak jak ja, bardzo ją lubi:)
Następna notka będzie za tydzień. Zaczną się w niej  przygody Ginny w opanowanej przez śmierciożerców szkole;)

Aha i, jak słusznie zauważyła Dimka, pomyliłam oklumencję z leglimencją i teraz to poprawiałam xd. Przepraszam, głupi błąd;)




czwartek, 13 października 2011

Ślub

W lustrze stała rudowłosa dziewczyna w złotej sukni i kremowych pantoflach. Jej usta błyszczały czerwienią, a brązowe oczy okalały długie rzęsy.
Dorastałam.
Zauważyłam to już w zeszłym roku, ale teraz znów się zmieniałam. Moja figura nabierała jeszcze bardziej kobiecych kształtów, a twarz piękniała. Tylko czy miałam dla kogo być ładna?
- Ginny- do pokoju weszła Gabrielle, ubrana w identyczną złotą sukienkę. Jej srebrne włosy układały się w fale- Powinnyśmy już iść.
- Dobrze- powiedziałam i razem z dziewczynką wyszłam do ogrodu. Na jego środku stał duży, biały namiot, do którego wchodzili goście. Niebo zmierzchało.
- Gabrielle, Ginny!- zawołała radośnie Fleur. Jej śnieżna suknia powiewała za nią- Jesteście śliczne. Tu macie kwiaty. Zaczynamy!
Wzięłam bukiet róż, idąc za panną młodą i zatrzymując się przy wejściu do namiotu. Widziałam na anielskiej twarzy dziewczyny lekkie zdenerwowanie.
- Będzie dobrze, Fleur- pocieszyłam ją cicho. Uśmiechnęła się, ale w tym samym momencie zagrała uroczysta muzyka, sygnalizująca rozpoczęcie ślubu.
Westchnęłam w duchu. Nie po to ćwiczyłyśmy wszystko przez kilka ostatnich dni, by teraz coś zniszczyć.
Fleur poprawiła włosy, narzuciła na twarz woal i ruszyła do środka. Ja z Gabrielle szłyśmy za nią, sypiąc kwiatami.
W namiocie zebrał się niezły tłum. Teraz wszyscy powstali, patrząc z zachwytem na pannę młodą. Od żyrandolów migotało światło.
Pod drewnianym łukiem stał Bill w eleganckim garniturze, a za nimi czarodziej, mający udzielić ślub. Fleur zatrzymała się naprzeciw narzeczonego, mierząc go czułym spojrzeniem.

Kątem oka ujrzałam wysokiego rudego chłopaka, wpatrującego się we mnie. Choć wypił eliksir wielosokowy, wiedziałam, że to Harry. Posłałam mu uśmiech, który odwzajemnił.
Czarodziej rozpoczął swoją mowę na temat dzisiejszej uroczystości.
Pół godziny później, Bill nałożył obrączkę na smukły palec Fleur, a ona zrobiła to samo. Potem ich usta zetknęły się w długim pocałunku. Tłum zaczął klaskać, a mama nawet się popłakała.
Moje serce wypełniała radość. Od jakiegoś czasu lubiłam Flegmę i cieszyłam się, że mój brat odnalazł drugą połówkę. Szczególnie, że teraz czasy są ciężkie i niebezpieczne.
Rozpoczęła się zabawa. Goście podeszli do stołów, napełniając swoje kieliszki, a tata puścił żywszą muzykę. Odnalazłam Hermionę, która stała w czerwonej sukni i ocierała sobie oczy.
- To takie piękne…- szeptała- Ja też bym chciała być taka szczęśliwa.
- I będziesz. Kwestia czasu- podałam jej talerz z galaretką, który przyjęła z uśmiechem. Ja sama zajęłam się kawałkiem pysznego ciasta, obserwując tańczących małżonków. Wyglądali wspaniale.
- Fleur Weasley- mruknęłam- Śmiesznie brzmi.
Hermiona nie zdążyła mi odpowiedzieć, bo pojawił się przed nami Ron. Wyciągnął rękę ku swej dziewczynie.
- Zatańczysz?- spytał. Hermiona oblała się rumieńcem i ruszyła z nim na parkiet. Zerknęłam na Harry’ego. Rozmawiał właśnie z jakiś starszym mężczyzną. Miał przejętą minę, więc postanowiłam mu nie przeszkadzać.
- Hej- odezwał się jakiś głos za mną. Obróciłam się i ujrzałam zgarbionego chłopaka z ciemnymi oczami. Wiktor Krum?
- Cześć- odparłam, nieco zdziwiona.
- To ślub twojego brata?- zapytał, odkładając pusty kieliszek.
- Tak. A…co ty tu robisz?
- Hermiona mnie zaprosiła- popatrzył posępnie na brązowowłosą- Chyba ma już chłopaka…A może ty chciałabyś ze mną zatańczyć?
- Ja…- wcale nie miałam na to ochoty, ale nie chciałam mu zrobić przykrości. Z opresji wybawiła mnie Luna, pojawiając się znikąd i chwytając mnie za dłonie. Ubrana była we wściekle żółtą suknię.
- Cześć, Ginny!- zawołała- Tak się cieszę, że się widzimy. Co tam u ciebie słychać? Gratuluję z powodu szczęścia brata!
- Dzięki- zobaczyłam, że Krum odchodzi, więc odetchnęłam- U mnie wszystko w porządku. Zostałam druhną, jak widać.
- Ale super, też bym tak chciała…Ten namiot jest cudowny.
- Och, dzięki, tata się starał. Ładna suknia.
Uśmiechnęła się wesoło i coś powiedziała, ale muzyka ją zagłuszyła.
- Co?!- wykrzyknęłam.
- A gdzie jest Harry?- powtórzyła Luna. Posmutniałam w duchu.
- On jest…
Ale nie dokończyłam. Nagle do namiotu wleciało coś srebrnego, co przypominało rysia. Tata natychmiast uciszył grający gramofon, a goście zamarli.
- Ministerstwo padło!- odezwał się ryś głosem Kingsleya- Minister nie żyje! Oni nadchodzą…
Zamurowało mnie, a moje oczy rozszerzyły się z niedowierzania. Jakiejś kobiecie wyrwał się krzyk.
A po chwili wszyscy zaczęli w popłochu ewakuować się. Jedni uciekali do wyjścia, potrącając się i tłucząc naczynia, a drudzy teleportowali się z trzaskiem. Zobaczyłam jak Hermiona z wystraszoną miną chwyta Rona i rudego chłopca, którym był Harry…Jego oczy spotkały się z moimi…Ale zaraz cała trójka rozpłynęła się w powietrzu.
W samą porę. Do namiotu wparowały postacie w czarnych szatach, rzucając zaklęcia. Nie rozumiałam nic z tego, ale postanowiłam jak najszybciej dotrzeć do rodziny. Przepchałam się przez tłum.
- Ginny!- krzyczała mama, a ja chwyciłam jej rękę i razem podbiegłyśmy do bliźniaków.
- Spokój!- wrzasnął jeden śmierciożerca, wymachując groźnie różdżką- Niech nikt się nie rusza!
Goście przylgnęli do ścian namiotu. Widziałam przerażoną twarz Gabrielle, tulących się do siebie Billa i Fleur oraz rozgniewanego tatę. Wciąż nie puszczałam ręki mamy.
- Poszukujemy Harry’ego Pottera!- oznajmił ten sam śmierciożerca- Jeśli ktoś go widział, lub jeśli go ukrywa, niech powie mi teraz!
Spojrzał na mojego tatę, a on dzielnie odpowiedział:
- Nie ma z nami Harry’ego Pottera! Nie wiemy, gdzie teraz jest!
- To prawda!- poparła go jakaś kobieta- Nie było go tutaj.
- Zaraz się przekonamy. Przesłuchamy parę osób…
Śmierciożercy szarpnęli kilku gości na środek, w tym mojego tatę i Tonks. Zrobiłam gniewny krok, gdyż zamierzałam ich uwolnić, ale wtem chwyciły mnie jakieś łapy.
- Puszczaj!- krzyknęłam, przeklinając w myślach fakt, że zostawiłam różdżkę w pokoju.
- Uspokój się, ślicznotko!- odparł śmierciożerca, ciągnąc mnie- Zadamy ci parę pytań!
Pchnął mnie na środek, tuż obok taty. Bałam się na niego spojrzeć, by nas nie zdradzić. Nie podobała mi się ta sytuacja. Goście może nie widzieli Harry’ego, ale ja wiedziałam, że tu był…
Ku zgromadzonym osobom ruszył wysoki śmierciożerca. Złapał za rękę Tonks, która zaczęła się wyrywać. Lupin mocował się z innym napastnikiem i nie mógł jej pomóc.
Śmierciożerca spojrzał w jej oczy, a one stały się nagle puste…Jednak zaraz to minęło i mężczyzna podszedł do jakieś kobiety. Z nią stało się to samo. Podejrzewałam, co robił…Szperał w naszej pamięci, w umyśle, stosował leglimencję.
O rany, nie znałam się na oklumencji, nie umiałam się bronić. Co mam zrobić? Nie mogę przecież zdradzić Harry’ego!
Wzrok śmierciożercy skierował się na mnie i zaraz jego palce zacisnęły się na moim nadgarstku. Odwzajemniłam odważnie spojrzenie.
Nie mogę zawieść, jestem silna, dam radę…
Wtem poczułam, że maska śmierciożercy się rozmazuje, a ja się zapadam w przeszłość, we wspomnienia…

***
No, nareszcie nowa notka. Wiem, że opis ślubu jest nieco nudny, ale mam nadzieję, że końcówka Was zaciekawiła;)
Teraz będe dodwać notki tylko w weekendy, bo w tygodniu mama zabroniła mi używać komputera(za dużo czasu poświęcałam na pisanie).
Pozdrawiam wszystkich i dziękuję za komentarze. Czekam też na nowe notki na Waszych blogach:)


sobota, 1 października 2011

Mój dar

Promienie słońca tańczyły w naszych włosach, a do uszu dolatywał śpiew ptaków. Siedzieliśmy na zielonej trawie, obok nas kwitły kwiaty. Ogród wydawał się tętnić radością.
Harry chwycił mnie za rękę, patrząc na mnie z czułością. Przysunęłam swoją twarz do jego, a on pocałował mnie namiętnie. Zamknęłam oczy, pozwalając, by pochłonął mnie żar. Było mi tak dobrze...
I nagle jego ciepło zaczęło się oddalać. Chciałam je zatrzymać, krzyczałam, ale Harry już stał na końcu ogrodu.
-         Zaczekaj!- zawołałam. Uśmiechnął się smutno i zniknął za drzewami.
-         Nie! Harry, wróć! Nie...
Złapałam się za głowę, przeczesując nerwowo włosy. W moim pokoju już było jasno, więc uznałam, że ten sen obudził mnie o właściwej porze.
Tylko dlaczego ciągle mi się to śni? Odkąd Harry przyjechał do Nory tydzień temu, pojawiał się w moich snach, przynosząc mi radość i ból zarazem. Może dlatego, że był tak blisko, a równocześnie tak daleko? Że bałam się o niego? Że tęskniłam?
Westchnęłam ciężko i zwlokłam się z łóżka, przebierając się w ubranie codzienne. Właśnie rozczesywałam moją szopę na głowie, kiedy ciszę przerwał głos Hermiony:
-         Psst, Ginny?
Brązowowłosa wślizgnęła się do mojego pokoju. Była już ubrana, a na jej twarzy widać było przejęcie.
-         Co się stało?- spytałam, siłując się z kołtunem.
-         Nie wierzę, że zapomniałaś! Wiesz, co dziś jest?
-         Trzydziesty pierwszy lipca. Zaraz...- otworzyłam szeroko oczy- Urodziny Harry’ego!
Przez ten sen zupełnie o tym zapomniałam, choć jeszcze wczoraj wieczorem planowałam z Hermioną nasz dar.
-         Zgadza się. Wieczorem jest przyjęcie, zorganizowane przez twoją mamę. Musimy mu dać nasz prezent wcześniej.
-         A Ron? Powiedziałaś mu?
-         Nie...- zarumieniła się- Bałam się, że wszystko wygada Harry’emu.
-         Nie zdziwiłabym się. To kiedy mu to damy?
-         Teraz jeszcze śpi, mamy jakieś piętnaście minut. Tort już czeka na dole. Zaniesiemy go do jego pokoju i obudzimy. Dobra?
-         Okej- skinęłam głową.
Tort wczoraj obie upiekłyśmy z Hermioną. Nie był może dziełem sztuki, ale podobał nam się. Gdy weszłyśmy do kuchni spojrzałam na śmietankowe ozdoby i czekoladowy lukier, upiększające ciasto.
Czy to wystarczy? Czy to będzie mój jedyny prezent dla ukochanego chłopaka? Może powinnam dodać coś jeszcze...
Tylko co? Nie chodziło mi przecież o materialne rzeczy.
Hermiona wzięła tort i po cichu weszłyśmy po schodach do pokoju Rona. Obaj chłopcy jeszcze spali.
Całe szczęście, że nasze kroki zagłuszało chrapanie Rona i mogłyśmy bez przeszkód podjeść do łóżka Harry’ego. Wyglądał tak słodko we śnie. Ciemne włosy uroczo sterczały mu ze wszystkich stron, a rzęsy rzucały cień na jego policzki. Bez okularów wydał mi się jeszcze ładniejszy i musiałam powstrzymać jęk. Tak bardzo go pragnęłam...
-         Gotowa?- spytała szeptem Hermiona, unosząc różdżkę.
-         Tak.
Z jej różdżki wyłoniła się błękitna wstęga, oplatająca głowę chłopaka. Po chwili Harry zmarszczył brwi i otworzył oczy. Popatrzył się od razu na mnie, choć to Hermiona go budziła.
Uśmiechnęłam  się wesoło.
-         Wszystkiego najlepszego, Harry!- zawołałyśmy chórem i podałyśmy mu tort.
-         Och...dziękuję- odpowiedział ze zdumieniem- Wygląda pysznie.
-         Co się dzieje?- zapytał rozespany Ron, którego musiały obudzić nasze głosy.
-         Twój przyjaciel ma urodziny- oznajmiłam- Przyłączysz się do życzeń?
-         No jasne! Czemu mi nie powiedziałyście? Sto lat, stary!
Hermiona przytuliła Harry’ego, a ja zaraz zrobiłam to samo. Miałam wrażenie, że serce Harry’ego bije tak szybko jak moje. I wtedy podjęłam decyzję.
Podczas gdy Ron robił wyrzuty Hermionie, flirtując z nią równocześnie, ja spojrzałam na mojego chłopaka.
-         Chodź do mnie- zaproponowałam. Zrobił zdziwioną minę, ale posłusznie wymknął się ze mną.
Po raz pierwszy pożałowałam, że nie sprzątnęłam pokoju. Gdy oboje weszliśmy z Harry’m do niego, w oczy od razu rzucało się nie pościelone łóżko, spodnie na krześle i wywalone na biurku stare podręczniki.
-         Wybacz  za bałagan- mruknęłam.
-         Nic się nie stało. Tu jest...pięknie- odparł. Uniosłam brew, a on dodał- Masz świetny zegar. I fajne plakaty. A z okna widać najładniejszą część ogrodu. Twój pokój po prostu...wyraża ciebie.
-         Dzięki.
Serce waliło mi głucho. Byliśmy tak blisko i to sami...Czy teraz też zobaczę, jak on odwraca się ode mnie i znika za drzwiami?
-         Wiesz, ten tort nie jest właściwy. Powinnam dać ci coś innego- zaczęłam, zakładając kosmyk za ucho.
-         Nie musisz, te ciasto to naprawdę cudowny...
-         Nie. To musi być coś ode mnie...- zrobiłam krok do przodu-Coś co zapamiętasz i zabierzesz ze sobą w tą trudną misję – nie cofał się. Pozwolił mi na zmniejszenie naszej odległości- Coś niezwykłego.
Stałam teraz tak blisko niego, że czułam zapach jego szamponu i oddech na mojej twarzy.
-         Ginny- szepnął, chwytając mnie za rękę. Wiedziałam, że nie stanie się nic złego. Harry nie ucieknie. Oboje chcemy tego tak samo.
-         Możesz być Wybrańcem i zbawiać świat, ale zasługujesz na chwilę ze swoją dziewczyną- powiedziałam cicho i dotknęłam wargami jego ciepłych ust. Oddał mi pocałunek, obejmując mnie czule. Całowaliśmy się ze słodyczą i namiętnością. Brakowało mi już tchu, ale nie dbałam o to.
-         Gdzie wy znikliście...och.- usłyszałam głos Rona i odsunęłam się od Harry’ego. Mój brat wyglądał na zaskoczonego i lekko zdenerwowanego. Zagotowałam się w środku. Czy on zawsze musi wszystko niszczyć?!
-         Wybaczcie- wybąknęła Hermiona z wystraszoną miną, pociągnęła go i oboje wyszli z pokoju.
Spojrzałam w te zielone oczy i przez chwilę żadne z nas się nie odezwało.
-         Powinniśmy już iść na śniadanie- rzekł w końcu Harry. 
-         Pewnie tak.
Ruszyliśmy do kuchni. Mama już podawała śniadanie, a Ron i Hermiona o coś się sprzeczali.
Usiedliśmy przy stole, mama złożyła Harry’emu życzenia, a potem we czwórkę poszliśmy do ogrodu i rozmawialiśmy wesoło. Cieszyłam się, że możemy wypocząć choć przez chwilę. Hermiona nawet zaczarowała kwiaty i różnokolorowe plamy zaczęły wirować wokół nas. Zanieśliśmy się śmiechem, gdy Ron nie wytrzymał ich woni i psiknął.
-         Hej!- zawołał z uśmiechem. Kwiaty opadły.
-         Przepraszam, nie wiedziałam, że masz alergię!- odparła rozbawiona Hermiona. Dał jej kuśtyka w bok, mrugając do niej. Spojrzałam na Harry’ego porozumiewawczo, ale wtedy przerwała nam mama:
-         Dzieci, chodźcie tu! Trzeba zająć się przygotowaniami!
No tak. Ślub miał się odbyć za kilka dni i było pełno roboty, więc musieliśmy opuścić słoneczny dwór i zabrać się za sprzątanie domu. Przez następne kilka godzin zmieniałam z Hermioną pościele we wszystkich pokojach, myłam z Harry’m schody i sprzątałam w klatkach sów.
-         Myślałem, że zerwaliście- mruknął Ron, gdy przypadło nam mycie talerzy. Ja niestety nie mogłam jeszcze użyć magii, więc tylko patrzyłam z zazdrością, jak mój brat używa różdżki i polerowałam naczynia rękami.
Na jego słowa lekko się zarumieniłam.
-         Bo zerwaliśmy- odparłam, nie unosząc głowy.
-         Ale to, co się dziś stało...
-         Oczywiście musiałeś tam wleźć, nie? Nie wiesz, co to znaczy prywatność.
-         Skąd miałem wiedzieć, że się całujecie?!
-         Użyj mózgu!
Na chwilę oboje zamilkliśmy. Wycierałam zawzięcie talerz, wciąż myśląc o tej scenie w moim pokoju...
-         Porozmawiam z Harry’m- oznajmił Ron, gdy skończył robotę, podczas gdy mi została jeszcze prawie połowa.
-         A to dlaczego?
-         On...zagalopował się. Nie chcę, by robił ci nadzieję, a potem cię opuścił. Tak nie można.
Rzuciłam mu gniewne spojrzenie.
-         To ja go pocałowałam! Nie jestem już dzieckiem i wiem, że zerwaliśmy. Ale dziś są jego urodziny. Zasługiwał na to.
Popatrzył na mnie uważnie, ale w końcu skinął głową i odszedł. Westchnęłam.
Ciekawe kiedy znów poczuje smak ust Harry'ego na moich? To z pewnością będzie za długi czas.

***
Och, wreszcie udało mi sie napisać notkę. Co prawda dodaję je co jakiś tydzień, czyli dość często, ale w wakacje robiłam to znacznie częściej. No niestety, szkoła daje sie we znaki ;)
Mam nadzieję, że ten rozdział Wam się podobał i że nie czujecie niedosytu po pocałunku Ginnyi Harry'ego czy coś. Dziękuję za komentarze i życzę powodzenia w szkole :)