niedziela, 4 września 2011

Zamknięte rozdziały


W piątek pogoda była ładna, choć zimny wiatr nakazał mi przed wyjściem ubrać sweter. Powozami przyjechaliśmy do Hogsmeade, gdzie mogliśmy się rozejść. Z utęsknieniem patrzyłam jak Harry, Ron i Hermiona idą sobie w trójkę, rozmawiając o czymś wesoło, a ja muszę spędzić ten dzień z Deanem, a za godzinę jakoś się go pozbyć, by spotkać się z moim tajemniczym adoratorem. Zapowiadało się naprawdę super.
-         Gdzie idziemy?- spytałam, siląc się na miły ton.
-         Seamus polecił mi Herbaciarnię u pani Puddifoot. Ponoć mają tam pyszne ciasteczka. Co ty na to?
-         Dobra.
Otoczył mnie ramieniem i prowadził przez uliczki, pełne czarodziejów i niezwykłych sklepów. Kiedyś byłam zadowolona, gdy mnie przytulał, ale teraz miałam ochotę zrzucić jego rękę i uciec do Hermiony.
Herbaciarnia okazała się całkiem miłym miejscem, pomalowanym na jasno pomarańczowy kolor. W środku było kilka stolików(tylko dla dwojga!) i grała romantyczna muzyka. Podeszliśmy do lady, przy której stała tęga kobieta z wyjątkowo wymalowanymi ustami.
-         Słucham?- zagruchała, a ja uznałam, że lokal jest odzwierciedleniem jej duszy.
-         Co chcesz zamówić, kochanie?- spytał Dean, a mnie zirytowało, że używa takiej pieszczotliwej nazwy przy obcej kobiecie.
-         Kawę- niemal warknęłam.
-         Dwie kawy- dodał Dean.
-         Czy coś jeszcze?- spytała barmanka ze słodkim uśmiechem.
-         Słyszałem, że ma pani takie ciasteczka...
-         Tak, czekoladowe z posypką lukrową. Też dwa?
-         Tak, poproszę- odparł chłopak, a kiedy kobieta podała nam zamówienie, usiedliśmy przy stoliku przy oknie. Obok cukierniczki stał wazon z czerwonymi różami.
Zaczęłam pić kawę, a Dean ciągle się na mnie gapił.
-         Ostatnio za dużo się uczysz. Cieszę się, że możemy się spotkać sam na sam, z dala od Harry’ego...-powiedział. Zamrugałam.
-         Co takiego?
-         To znaczy, miło, że możemy się spotkać na osobności.
Uśmiechnęłam się wymuszenie, a od odpowiedzi uratowało mnie wejście Seamusa i Parvati. Zamówili po herbacie i tych samych ciastkach, potem usiedli przy stoliku i wpatrywali się w siebie rozmarzonym wzrokiem. Trochę mnie od tego zemdliło.
-         Zjedz ciasteczko, kochanie- powiedział Dean, przysuwając mi talerz. Wzięłam ciastko, ale nie mogłam się powstrzymać od warknięcia:
-         Dlaczego nazywasz mnie kochanie? I to tak przy wszystkich!
-         Przepraszam, myślałem, że ci się podoba.
-         Czy ty mnie w ogóle nie znasz?
Nie odpowiedział, tylko chwycił mnie za rękę i nachylił się nade mną. Wcale nie miałam ochoty go pocałować!
-         Dean!
Odsunęłam się od niego, a on z zawiedzoną miną wrócił na swoje miejsce.
-         O co ci chodzi?- spytał- Dlaczego mnie odtrącasz? Bo podoba ci się Harry?
Atmosfera się zmieniła. Mimo, że kilka stolików dalej Seamus i Parvati się całowali, między nami pojawiła się zimna mgła.
-         O czym ty mówisz?- spytałam lekko wystraszona.
-         Przecież widziałem! Jak go głaskałaś, jak się na niego patrzyłaś! Zabujałaś się w nim, a ja robiłem wszystko, byś zrozumiała, że to ze mną powinnaś być!
-         Powinnam? Ty nie wiesz, co ja powinnam! Ja o tym decyduję!
Pani Puddifoot patrzyła się na nas ze zdumieniem, ale nie zwracałam na nią uwagi. Dean spojrzał na mnie z gniewem.
-         Ale nie zaprzeczysz, że mnie zdradzałaś! Wolisz Harry’ego, co? Dlaczego? Bo jest Wybrańcem? Myślałem, że masz więcej rozsądku!
Zapiekły mnie te słowa, sprawiając, że poczułam jeszcze większą złość.
-         Mam cię dosyć!- krzyknęłam, wstając. On też się podniósł, a w jego czekoladowych oczach widziałam wahanie.
-         Zaczekaj, Ginny! Ja...przepraszam, ale po prostu chcę...
-         Nie, Dean. Nie powinnam tak się wkurzać, ale to nie jest jakaś byle kłótnia- mówiłam to z nadzwyczajnym spokojem- Masz rację, czuję coś do Harry’ego, od zawsze czułam. Ciebie też darzyłam prawdziwym uczuciem, ale ono już zniknęło. Lubię cię, jednak nie chcę być twoją dziewczyną. Przepraszam.
Dean wyglądał na wstrząśniętego. Ja natomiast czułam dziwną ulgę, że wreszcie wypowiedziałam te słowa.
-         Zrywasz ze mną?- spytał ze smutkiem.
-         Dean...przykro mi, ale tak. To nie ma sensu.
-         Może masz rację.
Wyglądał na zawiedzionego, ale chyba zrozumiał, że faktycznie nie powinniśmy być już razem. Uśmiechnęłam się do niego lekko.
-         Muszę już iść. Do zobaczenia w zamku- powiedziałam. Skinął głową, siadając z powrotem przy stole. Uznałam, że należy mu się nieco spokoju, więc wyszłam z herbaciarni. Miałam małe wyrzuty sumienia, ale byłam szczęśliwa, że wreszcie mu to wyjaśniłam. Czułam się wolna jak ptak.
Ale zaraz przypomniałam sobie o tym spotkaniu z wielbicielem i posmutniałam. Kolejnemu chłopakowi będę musiała wałkować to samo.
Zbliżała się dwunasta, więc ruszyłam do sklepu Zonka z niepewną miną. Obok lokalu kręciło się wiele osób, ale to osoba stojąca tyłem, patrząca się na wystawę, mnie zainteresowała. Miałam dziwne wrażenie, że to mój adorator.
Podeszłam bliżej, a jasnowłosy chłopak się obrócił do mnie...
-         Colin!- wykrzyknęłam. Uśmiechnął się.
-         Cześć, Ginny.
-         To ty? Ty mi wysłałeś list?
-         Tak. Uznałem, że pora ci wyznać moje uczucia.
O nie, tylko nie on. Colin był bardzo miły i wrażliwy, nie chciałam go zranić...Ale nie miałam wyboru.
Pokazał głową w prawo, więc ruszyliśmy ulicą, mokrą od wczorajszego deszczu. Myślałam gorączkowo, jak mu wyjaśnić tą sytuację.
-         Wiesz, to już się zaczęło od września. Po prostu mi się spodobałaś- zaczął Colin, patrząc w dół- Wiem, że masz chłopaka, ale może...
-         Ja...zerwałam z Deanem, ale...
-         Co? Naprawdę?- wyglądał na uradowanego- No to cudownie!
-         Słuchaj, Colin- powiedziałam, przeklinając siebie za szczerość- Lubię cię, ale my raczej razem...nie będziemy.
-         Dlaczego?- zatrzymał się gwałtownie. Choć miał już piętnaście lat, przypominał teraz dziecko, któremu odmówiono zabawki. Zrobiło mi się go żal.
-         Bo ja nic do ciebie nie czuję- odparłam delikatnie- Przepraszam, ale taka jest prawda.
-         Och...-pochmurniał- Co ja sobie głupi myślałem? Przecież to jasne, że mnie nie wybierzesz! Pewnie uważasz, że jestem idiotą...
-         Nie, wcale nie- zamilkłam na chwilę, czekając aż minie nas grupka Puchonów- Ale w sumie to się dziwię, bo...Myślałam, że podoba ci się Demelza.
-         No tak....- zaczerwienił się- Ale ty bardziej.
-         Tylko, że z Demelzą masz szansę. Wydaje mi się, że ona coś do ciebie czuje.
-         Serio?
-         Tak.
-         Super! Wiesz, gdzie ona jest?
-         Widziałam jak szła do Trzech Mioteł...
-         Dobra, dzięki, Ginny- przytulił mnie lekko i zawołał- Pa!
I po kilku sekundach pomknął ku Trzem Miotłom, jak gdyby nigdy nic. Cieszyłam się, że zajął się kimś innym. Pokręciłam głową i odetchnęłam.
No to wszystko jest już jasne. Zamknęłam rozdział z Deanem i innymi wielbicielami...Teraz moje serce jest wolne dla Harry’ego.



sobota, 3 września 2011

Nadzieja i list

Na wiosnę nauki było jeszcze więcej. Nauczyciele się chyba wściekli, do północy siedziałam w pokoju wspólnym, pisząc nudne wypracowania i ucząc się skomplikowanych zaklęć i eliksirów. Coraz częściej przypominano nam o SUMACH, które miały się odbyć w maju, czyli za dwa miesiące. Wszyscy piątoklasiści stali się teraz zabiegani i podenerwowani. Ja właściwie nie miałam ochoty wkuwać, przecież nie musiałam zdobyć jakiś wybitnych wyników, ale mama przypomniała mi już w dwóch listach, że będzie wściekła, jak zdam gorzej niż Ron, więc wzięłam się do roboty. Nagle biblioteka stała się bardzo zatłoczonym miejscem, bo wszyscy szukali w niej książek, potrzebnych do nauki. Mówiąc szczerze, miałam tego wszystko już dość.
Treningi Quidditcha też nie przynosiły mi takiej radości jak wcześniej. W kwietniu mieliśmy zagrać decydujący mecz z Krukonami i Harry zaostrzył nasze treningi. Nie pomagał mi też Dean, który nadal był nadopiekuńczy i zazdrosny, choć teraz mogłam się go pozbyć pod pretekstem nauki. On też zaczynał mnie wkurzać i poważnie zastanawiałam się nad zerwaniem z nim. Uczucie, które pojawiło się między nami w jesieni, teraz znikło, ale przez SUMY nie miałam głowy do chłopaków(to jedyna dobra strona tych egzaminów). Obiecałam sobie jednak, że zajmę się tym tuż po napisaniu testów.
W tym całym tłoku pojawiło się też wiele miłosnych nowości. Na przykład Seamus i Parvati zaczęli ze sobą chodzić, Harry wciąż był oblegany przez fanki, a Hermiona i Ron patrzyli na siebie częściej niż zazwyczaj.
Wzdychałam w duchu, widząc wokół siebie te zakochane pary. Dlaczego tylko ja nie mogę się szczęśliwie zakochać?

Wiosna coraz bardziej dawała się we znaki. Za oknami słońce wychodziło zza chmur, oświetlając dormitorium. Siedziałam tu sama, usiłując zapamiętać jakieś idiotyczne daty z historii. Przed chwilą uciekłam z pokoju wspólnego, bo Dean ciągle mnie męczył, żebyśmy poszli na spacer, żebym się oderwała od nauki i wypoczęła. Ale nie miałam ochoty z nim nigdzie pójść. Ostatnio zrobiłam się wobec niego obojętna, tak jak jeszcze rok temu. Moje uczucie do niego wygasło i teraz mnie po prostu męczył.
Cóż, ostatnio wszystko mnie męczyło i wkurzało.
Z głębokim westchnieniem rzuciłam podręcznik Bathildy Bagshot na podłogę. Rozległ się huk, który mnie usatysfakcjonował.
-         Mam w nosie historię!- krzyknęłam do siebie i już chciałam się położyć z powrotem na łóżku, gdy drzwi się uchyliły i stanęła w nich Hermiona.
-         Mogę się z tobą pouczyć?- spytała, trzymając w rękach dwa tomy- Na dole jest straszny hałas. I jakiś siódmoklasista odpalił te torpedy od Freda i Greorga, więc postanowiłam się ewakuować.
-         Rozumiem. Siadaj. Ja właśnie skończyłam.
Wytrzeszczyła oczy na książkę, leżącą na ziemi.
-         Daj spokój, Ginny, musisz się uczyć. To bardzo ważne...
-         Wiem, ale historii nie zamierzam wkuwać. To jest jakieś powalone...
Hermiona usiadła obok mnie, a ja postanowiłam, że skorzystam z okazji i wypytam się ją o mojego brata.
-    Jak tam Ron?
-         C-co?- udawała, że dalej czyta.
-         Jesteście razem?
-         No, jeszcze nie, ale jest już dobrze. Zerwał z Lavender i ostatnio jest dla mnie taki miły...A ty i Dean?
-         Kiepsko. Już mi się nie podoba- wyznałam, rada, że mogę wreszcie o tym z kimś porozmawiać. Hermiona oderwała wzrok od książki i patrzyła na mnie uważnie.
-         Jak to?
-         No, po prostu mi przeszło.
-         Przykro mi.
-         I w dodatku on jest zazdrosny o Harry’ego...
-         O Harry’ego?
-         No tak, bo wiesz...- moje policzki zrobiły się purpurowe, wiedziałam, że nie powinnam tego mówić, ale czułam, że sama już dłużej nie wytrzymam- Znów się w nim zakochałam
-         Co takiego?!- zdziwiła się Hermiona. W jej oczach pojawił się niepokój- Nie, tak nie można! Ginny, przecież tyle razy ci mówiłam, że...- Nagle urwała, zakrywając sobie usta dłonią i patrząc się w dal. Podążyłam za jej wzrokiem, ale nic nie zauważyłam.
-         Co jest, Hermiono?
-         Już rozumiem! Dlaczego pytał o ciebie i Deana, dlaczego na bal zaprosił Lunę, dlaczego ostatnio jest jakiś dziwny...On...chyba też coś do ciebie poczuł, Ginny.
Wpatrywałyśmy się w siebie przez chwilę, a ja nie mogłam uwierzyć w to, co powiedziała. A jeśli faktycznie ma rację? Jeśli on...?
Serce biło mi szaleńczo, a ja pragnęłam pobiec do Harry’ego i zapytać się go...Choć wiedziałam, że to idiotyczny pomysł.
-         Jesteś pewna?- spytałam w końcu Hermionę.
-         Nie na sto procent. Ale od jakiegoś czasu Harry zachowuje się inaczej niż zwykle, więc całkiem możliwe, że nareszcie zrozumiał swoje uczucia. Muszę się go o to zapytać.
-         Dobra, to by było sup...-urwałam, bo przez okno wleciała szara sowa i wylądowała tuż przede mną. Odpięłam od jej nóżki list, a ona pohuknęła i odleciała.
-         Pewnie to kolejne ostrzeżenie od mamy- mruknęłam, otwierając list. Pismo nie należało jednak do mojej mamy, nigdy wcześniej go nie widziałam. Przeczytałam wiadomość  z coraz większym osłupieniem na twarzy.
-         Co to jest?- spytała niecierpliwie Hermiona. Podałam jej list, a ona przeczytała na głos:

Droga Ginny,
Od dawna chciałem Ci to powiedzieć, ale nie miałem odwagi. Jesteś naprawdę piękna i chciałabym wreszcie z Tobą porozmawiać. Nie wiem, co Ty do mnie czujesz, ale chcę, żebyś wiedziała, że zakochałem się w Tobie. Ponieważ ciągle jesteś zajęta, chciałem Cię zaprosić na spacer po Hogsmeade. Wypad, jak wiesz, będzie za tydzień. Umówmy się o dwunastej przy sklepie Zonka. Przyjdź, bardzo mi na tym zależy.

Pozdrawiam
Wielbiciel

Na początku przeszło mi przez głowę, że to może być Harry, ale wydawało mi się, że liściki miłosne są do niego niepodobne. On by po prostu ze mną porozmawiał.
-         No pięknie. Masz pomysł kto to może być?- spytała Hermiona.
-         Nie wiem. Może Zabini?
-         Daj spokój, on nie jest taki delikatny! Poza tym, widziałam niedawno jak całował się z jakąś Ślizgonką, więc pewnie już odkochał się w tobie.
-         No tak. W takim razie kto? Chyba nie myślisz, że to Harry?
-         Nie, raczej nie. To nie w jego stylu.
-         To co mam zrobić? Powinnam tam przyjść? To może się okazać jakimś żartem.
-         Hm, sklep Zonka jest na głównej ulicy Hogsmeade. Nawet jeśli to głupi dowcip, nic ci się nie stanie.
-         Och, no dobra, pójdę tam. Ale wezmę na wszelki wypadek te Krwotoczki Truskawkowe od Freda i Greorga. 
Hermiona uśmiechnęła się, a ja położyłam list na stoliku nocnym. Cichy wielbiciel, tego mi jeszcze brakowało!



Ciężkie wybory

Wyszłam z sali szpitalnej, zmuszając się, by nie spojrzeć na Harry’ego. Zaczęłam się włóczyć bezmyślnie po niemal pustych korytarzach. Większość osób była w swoich domach, opowiadając sobie relacje z dzisiejszego meczu.
Szłam powoli, a opustoszałe korytarze potęgowały moje uczucie zagubienia. Już naprawdę nie wiedziałam, co mam robić. Zwykle działałam spontanicznie i odważnie, ale teraz moja sytuacja uczuciowa mnie przerastała.
Kochałam Harry’ego.
On nie kochał mnie. Byłam dla niego tylko przyjaciółką. Siostrą swojego kumpla. Zaufaną, fajną dziewczyną, jednak nie wystarczająco fajną do zakochania.
Lubiłam też Deana, a ostatnie miesiące spędzone razem należały do udanych. Jednak nie mogłam być z nim, gdyż było to tylko zauroczenie.
Powinniśmy zerwać. Ale zależało mi na nim i nie chciałam go zranić. Przecież kiedyś wyznał mi, że jestem dla niego bardzo ważna...
Pokręciłam głową, spoglądając z okna na śnieżny krajobraz. Niebo robiło się coraz ciemniejsze, a w dali widziałam mgłę. Wszystko zastygło w szarości, nawet moje serce. Byłam niepewna, nie wiedziałam, co jest słuszne, a co nie.
Jeszcze przez jakiś czas błąkałam się po zamku jak duch, patrząc na wszystko niewidomym wzrokiem, ale w końcu postanowiłam wracać. Pewnie się o mnie martwią.
Gruba Dama zmarszczyła brwi, widząc moją bladą twarz.
-         Lwia grzywa- powtórzyłam hasło zirytowana.
-         Wszystko dobrze, moja droga? Wyglądasz...
-         Nic mi nie jest.
-         No to wejdź- I otworzyła drzwi z zatroskaną miną. W pokoju wspólnym panowała raczej ponura atmosfera, choć emocje opadły już z godzinę temu i teraz wiele osób zajęło się swoimi sprawami.
Hermiona uniosła wzrok z nad książki i spojrzała na mnie pytająco. Wzruszyłam ramionami i poszłam do dormitorium się przebrać. Potem wróciłam na dół, trzymając podręcznik do transmutacji, i usiadłam przy Deanie. Wstrzymałam oddech, ale on tylko uśmiechnął się do mnie lekko i skupił dalej na swoim zadaniu z eliksirów.
Jeszcze nie wiedziałam, co mam zrobić i na razie postanowiłam działać tak, jakby nic się nie stało.
Dean nic się nie odzywał, a kiedy zrobiło się późno i wstałam z krzesła, zapytał:
-         Już idziesz?
-         Tak, oczy mi się kleją.
-         No to dobranoc, Ginny.
-         Dobranoc.
I odwróciłam się, pochwycając jeszcze dziwne iskierki w jego oczach. Nie miałam jednak siły nad tym rozmyślać. Ubrałam koszulę nocną i zasnęłam, dręczona przez koszmary, w których McGonagall krzyczała na mnie, że zawracam w głowie zbyt wielu chłopakom...

Następny dzień minął normalnie. Harry w nocy odzyskał przytomność i po porannych lekcjach odwiedziłam go z Ronem i Hermioną, nie wiele się odzywając. Czułam ten znajomy paraliż, gdy nasze oczy się spotykały i upomniałam się w duchu, że muszę coś z tym zrobić. Albo odbyć z nim szczerą rozmowę, albo ignorować go, albo rzucić Deana. Tylko, że żadne z tych rozwiązań mi się nie podobało.
Najgorsze jednak zaczęło się wieczorem. Siedziałam sobie przy kominku, spisując sny do Sennika, gdy pojawił się przede mną Dean. W rękach trzymał czekoladę.
-         Chcesz?- spytał, uśmiechając się.
-         Czekolada? Skąd ją masz?
-         Skrzaty domowe w kuchni mi dały. I mam jeszcze to- w drugiej ręce trzymał dwa kubki- To sok dyniowy. Smacznego.
-         Dzięki, jesteś kochany- wydawało mi się, że to miało przełamać lody i zapomnieć o wczoraj, więc z chęcią łyknęłam soku i przegryzłam czekoladę. Dean usadowił się obok mnie i również się napił. A gdy skończył, zerknął na mój Sennik.
-         Jakie miałaś ostatnio sny?
-         Y...nieważnie- przysłoniłam dłonią książkę, w której właśnie pisałam o tym jak McGonagall była na mnie zła, a Harry i Dean stali po moich dwóch stronach z bukietami róż....
-         Pokaż. Przecież mi możesz zaufać...
-         Wiem, ale to są moje prywatne sprawy- widząc upór w moich oczach, uśmiechnął się tylko i odpuścił.
To nie była jednak jedyna taka sytuacja. Luty minął mi na nadopiekuńczości z jego strony. Podczas posiłków podawał mi różne półmiski i nalewał soku, nosił za mnie książki, był na każdym moim treningu Quidditcha, pomagał mi w zadaniach i nie odstępował mnie prawie na krok(bezpieczna byłam tylko w dormitorium i toalecie).
Mogłabym uważać, że to jest słodkie i że Dean tak się starał, bo mu bardzo zależy na mnie, ale ja wiedziałam, że jego zachowanie ma ukryty cel. Przez niego rzadko gadałam z Hermioną, a co dopiero z Harry’m(nadal byłam zagubiona ze swoimi uczuciami). Wydawało mi się, że Dean jest po prostu zazdrosny. Widział, że podoba mi się Harry, więc teraz mnie pilnuje. Ale ja nie byłam jego własnością, zabawką, którą może trzymać pod kluczem! Denerwowało mnie to coraz bardziej z dnia na dzień i powstrzymywałam się od wygarnięcia mu tego. Wciąż jednak nie podjęłam decyzji, co zrobić z moimi uczuciami i nie chciałam działać pochopnie. Pomyślałam sobie, żeby zwierzyć się Hermionie, ale przez Deana stało się to niemal niemożliwe!

Od tych myśli wyrwało mnie dopiero ogłoszenie w pokoju wspólnym pewnego poranka. Informowało ono piątoklasistów o tym, że wraz z nadchodzącymi SUMAMI muszą wybrać też zawód, do którego będą dążyć przez kolejne lata.
-         O rany!- zaniepokoiła się Demelza- Nie mam pojęcia, kim chcę zostać w przyszłości!
-         No właśnie- poparł ją Colin- Co oni sobie myślą, w tym wieku mamy o tym decydować?
W sumie się z nimi zgadzałam. To ogłoszenie wywołało u mnie jeszcze większy mętlik. Gdzie chciałabym pracować?
Na następnych lekcjach się nad tym zastanawiałam, tak, że profesor Snape zwrócił mi uwagę i odebrał pięć punktów. Nie byłam jednak jedyna. Całą klasę pochłonęło rozmyślanie o swojej przyszłej karierze i kompletnie nie słuchało na lekcjach. 
Po południu McGonagall wołała do swojego gabinetu piątoklasistów z Gryffindoru. Ponieważ alfabetycznie byłam ostatnia, miałam najwięcej czasu do namysłu. Myślałam o pracy gdzieś w Ministerstwie, o założeniu prywatnej działalności (jak Fred i Greorge), gdzie mogłabym dawać korki z Zaklęć i Uroków, o zostaniu aurorem, o graniu w drużynie Quidditcha, a  najbardziej kusiła mnie ostania opcja...
Było już po siódmej, gdy wreszcie weszłam do gabinetu mojej opiekunki.
-         Usiądź- powiedziała swoim szorstkim tonem. Zajęłam miejsce naprzeciw niej, zaciskając palce pod biurkiem.
-         No to słucham, panno Weasley- McGonagall poprawiła okulary- Kim chciałabyś zostać?
-         Sama nie wiem. Mam wiele pomysłów.
-         Czyli?
-         No, chciałabym na przykład pracować jako auror albo jako gracz Quidditcha.
-         No cóż...Co do aurora, to rozumiem, że masz wiele predyspozycji. Filius chwalił cię ostatnio w pokoju nauczycielskim, mówił, że świetnie opanowujesz jego przedmiot. Horacy twierdzi to samo.
Zarumieniłam się lekko, a nauczycielka patrzyła na mnie uważnie.
-         Oczywiście do zostania aurorem wymaga się wielu przedmiotów. Obrona przed czarną magią., zaklęcia, transmutacja, eliksiry...To trudne przedmioty.
-         Rozumiem.
-         Jednak wszystko zależy od twoich ambicji. Chcesz być aurorem, panno Weasley?
-         Ja....- w tej chwili poczułam, że chyba to nie dla mnie- Nie. Wolałabym być Ścigającym w jakiejś drużynie Quidditcha.
McGonagall wyglądała na lekko zdumioną.
-         Mało osób wybiera ten zawód- powiedziała po chwili- Wydaje się on może prosty, ale wymaga poświęcenia i nie lada zwinności. Do sławnych drużyn przyjmują tylko najlepszych.
-         Widziała pani, jak gram. Czy to wystarczy?
-         Cóż, nie mnie oceniać...Muszę się spytać panią Hooch. Zaraz do niej pójdziemy, jeśli chcesz.
-         Ja...dobrze.
-         Zatem chodźmy. Powinna być jeszcze w pokoju nauczycielskim.
Wstałyśmy, a ja, choć serce biło mi szybciej, wcale nie chciałam zrezygnować. Quiddich był moją pasją już od dzieciństwa. Teraz jak nad tym pomyślałam, nie wyobrażałam sobie siebie za biurkiem w Ministerstwie czy na misjach aurorów. Widziałam swoją sylwetkę śmigającą na nowej miotle, wśród oklasków...
-         Jeśli ci się uda, będziesz miała prywatne lekcje z panią Hooch- McGonagall przerwała moje rozmyślania- Ale to nie znaczy, że masz zlekceważyć naukę książkową. Graczem Quidditcha jest się do około czterdziestego roku życia, potem czarodziej robi się za stary, jego refleks i siły słabną i musi znaleźć sobie inną pracę. I wtedy przyda się wiedza, zdobyta w Hogwarcie. Pamiętaj o tym, panno Weasley.
-         Dobrze, proszę pani.
Weszłyśmy do pokoju nauczycielskiego, gdzie był prawie komplet profesorów, a moja opiekunka zawołała panią Hooch. Kobieta wstała od stołu i wyszła za drzwi.
-         Co się stało, Minewro?- spytała.
-         Panna Weasley chce zostać w przyszłości graczem Quidditcha. Wiedziałaś, jak gra. Czy ma szansę?
Jastrzębie oczy spojrzały na mnie z powagą. Byłam nieco zestresowana.
-         Ścigająca?- spytała, a ja kiwnęłam głową- Cóż, w ciągu tego roku twoja gra była znakomita. Dobrze strzelasz i zabierasz kafla. Jesteś zwinna i sprytna. Spełniasz wymogi.
-         Doskonale- powiedziała McGonagall- A więc od przyszłego roku będziesz miała dodatkowe lekcje.
-         Tak. Nauczę cię wielu zawodowych manewrów, a pod koniec siódmej klasy zdasz egzamin także na miotle- dodała pani Hooch.
Uśmiechnęłam się w duchu. Moja kariera się zaczyna.

   

czwartek, 1 września 2011

Walka

Po przerwie świątecznej nauczyciele porządnie się za nas zabrali. SUMY miały być za niecałe pół roku, więc zaczęli nam pokazywać trudne aspekty magii i zadawali sporo wypracowań. Nie sądziłam, że to powiem, ale cieszyłam się z tego, że Hermiona kupiła mi tę książkę(zawierała wiele informacji do zadań domowych).
Dwa razy w tygodniu ćwiczyliśmy także Quidditcha i prawie nie miałam czasu dla siebie. Nie mogłam się już doczekać czerwca, kiedy to wreszcie ustanie.

Pod koniec lutego odbył się mecz ze Ślizgonami. Ron, z powodu otrucia winem Slughorna, nie był w formie i musieliśmy go zastąpić McLaggenem. Nie lubiłam go, bo choć dobrze bronił, był zarozumiały i uważał resztę za gorszych od siebie.
Pogoda w dniu meczu była bardzo ładna. Niebo miało odcień czystego błękitu, ale oczywiście była zima i musieliśmy latać w ciepłych swetrach.
Weszliśmy na boisko, witani przez oklaski po stronie Gryfonów. Harry uścisnął dłoń kapitanowi Ślizgonów i wystartowaliśmy. Było znacznie trudniej niż w ostatnim meczu, ale wszyscy dobrze się spisywaliśmy. Ja, Dean i Demelza zręcznie podawaliśmy sobie kafla, pałkarze mocno odbijali tłuczek, a McLaggen swoją masywną budową znakomicie bronił pętli. Po jakimś czasie było cztery do trzech dla nas i zapowiadało się, że wygramy. Harry na pewno zaraz złapie znicza, kończąc grę.
Właśnie rzucałam Deanowi kafla, gdy usłyszałam krzyk naszego kapitana:
-         McLaggen, co ty robisz?!
Obróciłam głowę w tamtą stronę. Nasz obrońca pokazywał jednemu z pałkarzy jak należy obchodzić się z pałką. Harry właśnie leciał w ich stronę.
-         Oddaj mu tą cholerną pałkę i wracaj do pętli!!!- wrzeszczał, a ja podzielałam jego wzburzenie. Jak można być takim egoistą?
-         Gryfoni mają problem z obrońcą- poinformowała widzów Luna- O co tam chodzi?
Tymczasem Ścigający Ślizgonów skorzystał z okazji i strzelił gola. Zielone plamy na trybunach zaczęły klaskać. Przeklęty McLaggen!
Zawróciłam i poszybowałam ku przeciwnikowi z kaflem.
-         Grajcie dalej!- zawołałam do Deana i Demelzy, którzy również patrzyli się na obrońcę i kapitana. Na mój głos poderwali się i ruszyli za mną.
-         MCLAGGEN, WRACAJ DO...ACH!- rozległy się zduszony okrzyk Harry’ego. Byłam już blisko Ścigającego Ślizgonów, ale na ten dźwięk serce mi zamarło i ponownie się obróciłam. Zobaczyłam jak kapitan Gryffindoru spadła, ostatkiem sił trzymając się miotły, uderzony pałką McLaggena.
-         Harry!- krzyknęłam przerażona i poszybowałam ku niemu, ale pani Hooch mnie uprzedziła, łapiąc chłopaka i lądując z nim bezpiecznie na ziemi.
Ślizgoni strzelili już dwie nowe bramki, ale nie dbałam o to. Uderzyłam stopami w boisko, pokryte śniegiem i podbiegłam do pani Hooch, która trzymała Harry’ego. Krzyki tłumu do mnie nie docierały.
-         Co mu się stało?- wydyszałam. Kobieta spojrzała na mnie z mieszanką zdumienia i troski w jastrzębich oczach.  
-         Zemdlał, trzeba go zanieść do pani Pomfrey- odparła, a ja skinęłam głową i patrzyłam się jak niesie bezwładnie ciało Harry’ego.
-         Koniec meczu!!!- zawołała profesor McGonagall, przejmując mikrofon Luny- Lądujcie, nagły koniec meczu!
Obie drużyny znalazły się na ziemi, a kibice na trybunach coś krzyczeli. McGonagall zeszła do nas, a ja zauważyłam, że jest blada i zła.  
-         Kto wygrał, pani profesor?- spytał kapitan Ślizgonów przymilnym tonem.
-         Ile było na końcu?- spytała surowo.
-         Siedem do czterech, proszę pani. Dla nas.
-         No dobrze, Slytherin wygrał ten mecz, choć to kwestia dyskusyjna. A ty- oczy jej się zwęziły, gdy spojrzała na naszego obrońcę- za mną. Już!
McLaggen poszedł za nią, a na jego twarzy malowały się różne emocje. Ruszyłam z resztą drużyny do szatni, a wszyscy, tak jak ja, wciąż byli w szoku. Poczułam, że moje serce się uspokaja i nie mogłam uwierzyć, że tak bardzo bałam się o Harry’ego. To jasne, był moim przyjacielem, ale miałam wrażenie, że to nie chodziło tylko o przyjacielską troskę.
- Jak McGonagall skończy z McLaggenem, my go dorwiemy- powiedział mściwie pałkarz, a reszta drużyny przytaknęła- Co za palant!
-         Idę do skrzydła szpitalnego- wyjaśniłam Deanowi, gdy już się przebrałam, a on skinął ponuro głową. Pobiegłam do szkoły, czując zdumienie, niepokój i złość zarazem.
Harry leżał na łóżku w sali szpitalnej, a koło niego stali Ron i Hermiona.
-         Jak on się czuje?- zapytałam, widząc, że nadal jest nieprzytomny.
-         Pękła mu czaszka- odparła Hermiona drżącym głosem- Ale pani Pomfrey już mu coś podała. Nic mu nie będzie.
-         To dobrze-odetchnęłam i osunęłam się na wolne krzesło. Zapadło milczenie, które przerywał tylko Ron, przeklinając pod nosem McLaggena.
Skrzydło szpitalne odwiedziło jeszcze paru Gryfonów, ale szybko ją opuściło, bo Harry nadal się nie budził.  
Po jakimś czasie Ron i Hermiona też odeszli, by dowiedzieć się, co się stało z naszym idiotycznym obrońcą , ale ja zostałam przy Harry’m. Nie zamierzałam wyjść, póki się nie przekonam, że on otworzy oczy, że jest cały i zdrowy.
Cisza się przedłużała, zakłócana tylko przez równy oddech chłopaka. W końcu nie wytrzymałam i podeszłam do niego bliżej. Wciąż był w czerwonej szacie Szukającego, ale ściągnięto mu okulary.
Przyglądałam się mu z niepewną miną. Co ja do niego właściwie czuję? Dlaczego tak bardzo się o niego niepokoiłam? Dlaczego nie mogę oderwać od niego wzroku?
Wróciłam pamięcią do tej niezwykłej chwili, gdy bawiliśmy się na śniegu w Norze. Wtedy poczułam w sobie znajomy żar, który towarzyszył mi wcześniej, ilekroć go widziałam. Chciałam go pocałować. I on też chciał.
Nie, Ginny, tak ci się tylko wydaje!- warknęłam w myślach- On nigdy cię nie pokocha!
Poczułam wilgoć w oczach, gdy przeczesałam palcami jego kruczoczarne włosy. Tak bardzo pragnęłam, żeby był mój...
I wtedy zrozumiałam, że ten ogień nigdy nie zgasł. Nigdy nie przestałam kochać Harry’ego, a uczucie do Deana bladło w porównaniu z tym. Jednak najbardziej bolało mnie to, że on nie odwzajemni mojej miłości.
Pogłaskałam go czule po głowie, ciesząc, że choć teraz mogę go dotknąć...I nagle usłyszałam jakiś tupot butów.  
Obróciłam się błyskawicznie, cofając rękę. W otwartych drzwiach sali stał Dean. Na jego twarzy malowało się zdziwienie i niedowierzanie. Domyśliłam się, że przyszedł tu po mnie i nie spodziewał się mnie zastać w takiej scenie.
Otworzyłam usta, nie wiedząc, czy mam być zawstydzona czy zdenerwowana, ale on tylko pokręcił głową i obrócił się, znikając mi z oczu.